Na wzgórzu Montmartre, które dziś jest jedną z najbardziej malowniczych dzielnic Paryża, znajduje się miejsce owiane legendą – Moulin de la Galette. Jeszcze na początku XIX wieku Montmartre było ubogą wioską, w której stało kilkadziesiąt wiatraków. Codzienne życie utrudniały strome uliczki, niebezpieczne pokopalniane osuwiska, brak bieżącej wody i słabo rozwinięta komunikacja. Można tam było jednak tanio wynająć mieszkanie lub pracownię. W efekcie Montmartre stało się jednym najważniejszych miejsc dla paryskiej bohemy artystycznej, przyciągającym malarzy, poetów i muzyków z całego kraju.

Początki Moulin de la Galette sięgają czasów, gdy Montmartre nie było jeszcze częścią wielkiego, nowoczesnego miasta, lecz miało charakter wsi pełnej winnic, pól i niewielkich wiatraków. Wokół dawnego młyna zaczęło rozwijać się miejsce rozrywki – knajpa, w której mieszkańcy okolicy spotykali się w niedziele, aby tańczyć, rozmawiać i odpoczywać po tygodniu pracy. Tańczono na świeżym powietrzu, a biesiadowano przy stołach ustawionych w ogrodzie. Serwowano tam lokalne wino i proste przekąski, w tym popularne wówczas placki galette, od których wzięła się nazwa lokalu. W tym miejscu nie obowiązywał formalny podział klasowy typowy dla eleganckich salonów Paryża – spotykali się tu robotnicy, rzemieślnicy, studenci i drobni mieszczanie, a zabawa miała charakter spontaniczny i wspólnotowy.
Wąskie uliczki, drewniane domki, widok na miasto i nieformalna atmosfera zaczęły już w drugiej połowie XIX wieku przyciągać artystów. Nie bez znaczenia były też niskie czynsze i swoboda obyczajowa. W kolejnych latach zamieszkali tu i zaczęli tworzyć najwięksi mistrzowie tacy jak: Eugène Delacroix, Paul Cézanne, Pablo Picasso, Amedeo Modigliani. Maurice Utrillo i wielu innych. Magia tego miejsca urzekła również Auguste’a Renoira, którego obraz „Bal w Moulin de la Galette” uczynił ze zwykłej niedzielnej zabawy estetyczny ideał nowoczesnego życia miejskiego.

Bal w Moulin de la Galette powstawał etapami, w przełomowym okresie życia Renoira. Po latach biedy i niepowodzeń, doświadczeniu wojny francusko-pruskiej (1871), odrzuceniu przez Salon oraz utracie swojej ulubionej modelki Lise Tréhot, malarz w 1873 roku otrzymał wsparcie marszanda
Paula Duranda-Ruela oraz krytyka Théodore’a Dureta, co umożliwiło mu wynajęcie pracowni na wzgórzu Montmartre. Tam, stworzył z pamięci pierwszy szkic Moulin de la Galette – zapowiedź przyszłego arcydzieła.

Wybór miejsca był nieprzypadkowy. Artysta mieszkał wówczas na Montmartre i dobrze znał atmosferę Moulin de la Galette – bywał tam regularnie, obserwował ludzi, światło sączące się przez liście drzew i swobodę niedzielnych zabaw. To doskonały temat do realizacji impresjonistycznych poszukiwań: ruch tańczących postaci, migotliwe refleksy światła na twarzach i sukniach oraz żywe relacje między ludźmi. Renoir nie chciał tworzyć anonimowej sceny rodzajowej – zależało mu na uchwyceniu prawdziwego środowiska, które współtworzył. Dlatego postaci przedstawione na obrazie Bal w Moulin de la Galette nie są przypadkowymi modelami, lecz konkretnymi osobami z kręgu artysty: przyjaciółmi, modelkami i bywalcami Moulin de la Galette. Dzięki temu kompozycja zyskuje wymiar niemal dokumentalny.

Wśród rozpoznawalnych i zidentyfikowanych postaci znajdują się m.in. malarze: Norbert Goeneutte (1) i Pierre Franc-Lamy (2) , a także Georges Rivière (3), bliski przyjaciel Renoira, późniejszy biograf impresjonistów. Przy stole w centralnej części obrazu widzimy dwie młode kobiety, siostry Jeanne (4) i Estelle (5), stałe bywalczynie ogrodu tanecznego. Starszą z sióstr, Jeanne, znamy z innego znanego obrazu Renoira – Huśtawka (1876 ).

Niektóre z kobiecych sylwetek można rozpoznać także na innych płótnach Renoira, co potęguje wrażenie, że mamy do czynienia z pewnym zamkniętym, dobrze sobie znanym kręgiem osób. Postaci nie są przypadkowymi elementami dekoracji – każda z nich wnosi do sceny swoją indywidualność i subtelną relację z innymi. Dzięki temu obraz przestaje być jedynie impresją ruchu i światła, a staje się czymś znacznie bardziej osobistym – malarskim zapisem wspólnoty, która współtworzyła artystyczny klimat Montmartre’u lat siedemdziesiątych XIX wieku.
Pierre-Auguste Renoir nie był jedynym artystą, który dostrzegł malarską atrakcyjność tego miejsca. W ogrodzie tanecznym bywali też inni twórcy epoki, którzy postanowili uchwycić jego energię. Henri de Toulouse-Lautrec przedstawia Moulin de la Galette, lecz w tonie o wiele cięższym i bardziej dusznym. Artysta oddzielił tańczących od grupy osób siedzących, co sprawia wrażenie izolacji i sugeruje bardziej obserwację niż uczestnictwo.

Również Pablo Picasso, jeszcze jako młody artysta, sportretował wnętrze lokalu w gęstej, niemal dusznej atmosferze, gdzie tłum zdaje się pochłaniać jednostkę. Scena wydaje się ciasna, nieco klaustrofobiczna, tłum postaci zlewa się w zwartą masę, w której jednostka traci wyrazistość. Krytycy zwracają uwagę, że twarze są często zarysowane szkicowo, z wyraźnym akcentem na kontur i deformację, co zapowiada późniejsze eksperymenty artysty. Postaci nie tworzą wspólnoty w sensie emocjonalnym – ich spojrzenia mijają się, relacje wydają się powierzchowne, a atmosfera bardziej napięta niż radosna. Zamiast radosnego święta wspólnoty mamy tu raczej studium miejskiej anonimowości.

Analiza tych wizji prowadzi do wniosku, że wyjątkowość ujęcia Renoira nie wynikała jedynie z różnicy stylu, lecz z różnicy doświadczenia. O ile inni patrzyli na Moulin de la Galette z dystansu, jako przenikliwi obserwatorzy, o tyle Renoir zdawał się być częścią tej sceny. Nie dokumentował egzotycznego dla siebie środowiska, ale malował ludzi, których znał, z którymi rozmawiał, śmiał się i spędzał czas. Być może właśnie dlatego jego obraz pulsuje autentyczną radością i ciepłem – nie jest studium tłumu, lecz portretem wspólnoty. Renoir wszedł w relacje z bohaterami swojej kompozycji, pozwolił sobie na bliskość i emocjonalne zaangażowanie. Możliwe więc, że tylko on mógł przedstawić to miejsce w tak świetlisty i osobisty sposób, ponieważ tylko on czuł się w nim u siebie – nie jako widz, lecz jako uczestnik.
W kolejnych latach Montmartre oraz Moulin de la Galette zyskiwały na popularności. Wąskie uliczki rozbrzmiewały śmiechem, muzyką i ożywionymi dysputami, a wzgórze przyciągało kolejnych artystów. Z biegiem lat miejsce to obrastało zabudową – najpierw nieśmiało, potem coraz odważniej – jakby przeczuwano, że nieuchronnie zostanie wchłonięte przez rozrastającą się metropolię i utraci swoją odrębność. Nowe kamienice piętrzyły się tam, gdzie dawniej rosły ogrody i winnice, a brukowane drogi zastępowały piaszczyste ścieżki.

A jednak jeszcze przez długi czas Montmartre zdradzało swój wiejski rodowód. Wystarczyło obejść zabudowania i wyjść na tyły dawnego młyna, by ujrzeć resztki surowej, niemal prowincjonalnej rzeczywistości: nierówne parcele, drewniane płoty, skrawki ziemi opierające się naporowi cegły i kamienia. W tym kontraście – między rodzącą się dzielnicą artystów a upartą pamięcią wsi – krył się urok miejsca, które na moment zawisło pomiędzy przeszłością a przyszłością, nie chcąc do końca oddać się żadnej z nich.

Moulin de la Galette pozostaje jednym z najczytelniejszych symboli minionej epoki. Przestało być jedynie lokalem rozrywkowym, a stało się portretem wspólnoty i zapisem emocji. Co ciekawe, restauracja funkcjonuje do dziś, serwując klasyczne dania kuchni francuskiej, lecz w jej menu próżno szukać skromnych placków galette, od których przecież wzięła się nazwa i legenda tego miejsca.

Paradoksalnie współczesne Moulin de la Galette zdaje się bardzo oszczędnie czerpać z własnego dziedzictwa, jakby nie w pełni ufało sile tej opowieści. Czyżby przegrało z prestiżem i rozpoznawalnością Moulin Rouge, które – choć młodsze i o bardziej komercyjnym, mniej spontanicznym rodowodzie – stało się globalnym symbolem paryskiej rozrywki? A może prawdziwa legenda Moulin de la Galette nie potrzebuje marketingu, bo żyje tam, gdzie narodziła się naprawdę – w obrazach, które na zawsze zatrzymały jej klimat?

fot. Marilane Borges, CC BY 2.0, Wikimedia Commons
wis
