Muzyka jak matematyczny graf. Rozmowa z pianistą, Piotrem Pawlakiem

Długo wahał się, czy zostać matematykiem, czy pianistą. Ostatecznie jednak zwyciężyła miłość do muzyki. O wrażeniach z konkursu chopinowskiego, sposobach na walkę z tremą, o pracy nad utworami i zamiłowaniu do improwizacji rozmawiamy z Piotrem Pawlakiem, laureatem II nagrody w Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim na Instrumentach Historycznych, ulubieńcem publiczności.

Fot. Narodowy Instytut Fryderyka Chopina

Dostał Pan drugą nagrodę w zakończonym niedawno Konkursie Chopinowskim na fortepianach z epoki. Czuje Pan satysfakcję?

Ogromną! Zwłaszcza gdy przypomnę sobie, co myślałem, gdy wysyłałem zgłoszenie na ten konkurs. Nawet nie byłem pewny, czy się zakwalifikuję. Nie miałem dużych nadziei. Tymczasem zaszedłem tak daleko, dostałem nagrodę, zostałem doceniony. W dodatku miałem możliwość zagrać z {oh!} Orkiestrą, którą podziwiałem od lat. Zawsze marzyłem, by kiedyś razem z nią wystąpić, teraz to marzenie się spełniło. To, jak się współpracuje z tymi muzykami, przeszło moje najśmielsze oczekiwania!

Skąd tan brak pewności przy wysyłaniu zgłoszenia? Ma Pan przecież za sobą mnóstwo wygranych konkursów.

Za tym mnóstwem wygranych konkursów stoi jeszcze większe mnóstwo przegranych. Nie mam szczęścia do zgłoszeń. To, co można przeczytać w mojej biografii, to wierzchołek góry lodowej, pod którym kryje się wiele prób. Miewam problemy z przygotowaniem dobrego nagrania. W tym przypadku było podobnie. Pojawiły się też wyzwania natury organizacyjnej. Musiałem przyjechać do Warszawy, bo w Gdańsku nie mam dostępu do historycznego instrumentu. Nagranie musiałem przygotować w ciągu zaledwie czterech godzin, nie spełniało ono do końca moich oczekiwań. Nie mówiąc już o tym, że nie czułem się aż tak pewnie, grając na historycznych instrumentach. Nie mam do nich stałego dostępu, mój wcześniejszy kontakt z nimi był doraźny. Dopiero w trakcie przygotowań do konkursu bardzo intensywnie pracowałem, zrobiłem przez te miesiące bardzo duży krok, jeśli chodzi o wykonawstwo historyczne.

Pierwsze Pana spotkanie z instrumentami historycznymi było podobno przypadkowe.

Zgadza się, w 2016 r. pojechałem na kurs do Radziejowic i tam po raz pierwszy w życiu zetknąłem się z fortepianami historycznymi. Na pewno nie była to miłość od pierwszego „usłyszenia”. Byłem sceptyczny, miałem poczucie, że takie granie nie ma już racji bytu, że zmieniła się percepcja. Pomyślałem jednak, że to szansa na zbliżenie się do muzyki Chopina. W dalszej kolejności zdobyte doświadczenia chciałem przenieść na instrument współczesny. Z roku na rok odkrywałem jednak coraz więcej walorów fortepianów z epoki, a co najważniejsze – poznawałem ludzi specjalizujących się w wykonawstwie historycznym, którzy mają w sobie ogromną wewnętrzną pasję i zarażają nią innych. Osobą, która mnie niezwykle inspirowała, był Tobias Koch, zasiadający zresztą w jury konkursu. Zacząłem zupełnie inaczej patrzeć na wykonawstwo historyczne.

Okazało się, że instrumenty współczesne nie są lepsze, tylko inne, a historyczne mają dużo przewag, tyle że wymagają innego podejścia?

Dokładnie tak, przechodząc z instrumentu współczesnego na historyczny czuję, że muszę zmienić środki, by osiągnąć zamierzony cel. Pewne rozwiązania sprawdzają się na fortepianach współczesnych, ale nie dają efektów na instrumencie historycznym. I odwrotnie. Albo męczę się ja, albo męczy się instrument, albo niesie to zupełnie inne przesłanie od zamierzonego. Potrzeba tu innego podejścia.

Występ w konkursie wiązał się z dużym stresem?

Na pewno była presja. Ja często odczuwam stres przed wyjściem na scenę, wstaję rano i czuję, że będę grał. Czuje to całe moje ciało. Nie jest to łatwe, człowiek chciałby być w jak najlepszej formie psychicznej i fizycznej, tymczasem walczy z bólem i negatywną energią. Jednak gdy wchodzę na scenę wiem, że niczego nie mogę zmienić. Wtedy to napięcie zmienia się w pozytywną mobilizację.

Ma Pan swoje sposoby na walkę z tremą?

Jest jeden sposób, który często wykorzystuję. Ja go lubię, natomiast nie znoszą go organizatorzy wydarzeń, którzy mnie zapraszają (śmiech). Otóż często robię dużo rzeczy na ostatnią chwilę. Gdy skupiam się na tym, żeby szybko się spakować, dotrzeć na czas, przebrać się, przygotować w czysto technicznym wymiarze – to mój mózg pochłonięty jest bieżącymi czynnościami. Ciało zapomina w tym pośpiechu o koncercie i napięcie się zmniejsza. Kluczowe jest jednak to, w jaki sposób jestem przygotowany do występu. Zawsze staram się zapamiętać strukturę utworu, kolejne części, by w razie pomyłki zawsze błyskawicznie móc się odnaleźć. By wiedzieć, w którym miejscu jestem i co nastąpi za chwilę. Mogę bardzo szybko podjąć środki, które pomogą wyjść z opresji, jaką niesie tzw. luka pamięciowa. Dodatkowo pomaga mi świadomość, że zawsze mogę zaimprowizować, zagrać cokolwiek i dojść do punktu, który mam dobrze osadzony w pamięci.

I wszystko to z pokerową twarzą.

Tak (śmiech). W domu zdarza mi się ćwiczyć wychodzenie z błędów. Gdy gram utwór i się pomylę, zwłaszcza na ostatniej prostej przygotowań, nie cofam się od razu, by poprawić błąd, tylko gram dalej, dokładam improwizację, próbuję się odnaleźć. Dopiero gdy wybrnę z pułapki, wracam do miejsca, w którym nastąpiła pomyłka i pracuję nad materiałem.

Jak ważna jest publiczność przy występach, zwłaszcza konkursowych?

Jest bardzo ważna, staram się utrzymywać z nią nieustanny kontakt. Przed drugim etapem konkursu zastanawiałem się, czy włączyć do programu improwizację między utworami. Gdy po zagraniu mazurków poczułem spadek napięcia na widowni, zaczęły się szmery, pokasływania, rozmowy, uznałem, że nie mogę zacząć grać sonaty, bo publiczność nie będzie skoncentrowana od pierwszych dźwięków. Zdecydowałem, że zagram jeszcze krótki łącznik, by przyciągnąć uwagę słuchaczy. Wydaje się, że to był strzał w dziesiątkę.

Cały czas kontroluje Pan, co dzieje się na sali?

Nie kontroluję tego w pełni świadomie, nie jest to chłodna analiza. Mówię raczej o bodźcach, impulsach, które docierają do mnie bardziej podświadomie. Trudno byłoby o pełną kontrolę, szczególnie w sytuacji konkursowej, gdzie pianista jest bardzo zaangażowany emocjonalnie, wtapia się w materię muzyczną, nierzadko się w niej zatraca.

Wspomniał Pan o improwizacji. Dziś to rzadka umiejętność wśród muzyków klasycznych. Skąd zamiłowanie do improwizacji?

Bardzo żałuję, że improwizacja jest w zaniku. Dla mnie muzyka to język komunikacji, poświęcenie się wyłącznie interpretacji jest w jakiś sposób ograniczeniem tej komunikacji. Moja droga do improwizacji była dość prosta. Nie pochodzę z muzycznej rodziny, sam sobie wybrałem tę ścieżkę. Nie miałem przy sobie nikogo, kto zna się na muzyce. Próbowałem na zabawkowych instrumentach grać ze słuchu, powtarzałem zasłyszane chwilę wcześniej w radio melodie, składałem z dźwięków jakieś motywy. Takie były początki. Dopiero gdy miałem 5 lat trafiłem do ogniska muzycznego, a wieku 6 lat poszedłem do szkoły muzycznej.

W szkole dalej rozwijał Pan swoje umiejętności w tym kierunku?

Tak, przez wiele lat improwizacja była dla mnie odskocznią od trudniejszych zadań muzycznych, które musiałem wykonać. Gdy miałem przygotować jakiś utwór, a nie chciało mi się nad nim pracować, zamiast ćwiczyć – grałem coś własnego. Ale nawet gdy ćwiczyłem, nie kończyłem utworu tak, jak to zapisane było w nutach, tylko tworzyłem własne zakończenie i płynnie przechodziłem do innej kompozycji. Robiłem to dla zabawy, z czystej przyjemności. W ten sposób się uczyłem. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, jak ważne okażą się te zabawy z dźwiękami, jak bardzo mi się przydadzą. Miałem później kilka lekcji z improwizacji u profesorów, ale to dotyczyło głównie gry na organach, bo w przypadku tego instrumentu praktyka improwizacji do dziś się zachowała.

Rodzice potrafili odpowiednio pokierować Pana karierą muzyczną, mimo że nie są muzykami?

Pilnowali mnie, wychodząc z założenia, że jeśli mam coś robić, to porządnie. Szkoła muzyczna wymaga wielu poświęceń. Uważali, że skoro się na nią zdecydowałem, powinienem poważnie podchodzić do obowiązków. Mama opowiada, że gdy jako dziecko nie chciałem ćwiczyć, zawsze działał na mnie argument, że jeśli nie będę grał, zabiorą mnie ze szkoły muzycznej. Ja tak bardzo kochałem muzykę i tak bardzo chciałem grać, że spuszczałem głowę i od razu szedłem do pianina. Już wtedy wiedziałem, że muzyka to moja pasja. Rodzice działali po omacku, nie znali świata muzycznego, ale bardzo dobrze mnie poprowadzili. Czułem też duże wsparcie z ich strony.

Jak zareagowali na nagrodę w konkursie?

Są bardzo dumni, przyjechali do Warszawy, by posłuchać mnie w finale. Była euforia, świętowanie. Cieszą się, że jestem szczęśliwy, że podążam własną ścieżką, choć trochę inną niż sobie na początku wyobrażali.

Myśleli, że syn będzie kontynuował matematyczne tradycje?

Pewnie tak. Mama jest matematykiem, tata informatykiem. I ja mam lekkość do nauki przedmiotów ścisłych – matematyki, fizyki, informatyki. Tata nauczył mnie programować, gdy byłem w szkole podstawowej. Mówił, że gdyby chciał zatrudniać pracownika, najchętniej zatrudniłby mnie, bo sprawnie myślę i mam dobrą intuicję.

Miał Pan wątpliwości, czy wybrać muzykę czy matematykę?

Tak. Dopóki starczało czasu, poświęcałem się obu dziedzinom. Teraz stawiam jednak bardziej na muzykę, na matematykę mam coraz mniej czasu, powoli będę kończył tę przygodę, pozostanie to jako mój dodatek do życia.

Czy podejście matematyczne, naukowe, przekłada na pracę nad utworami?

Mam wrażenie, że tak. Jeśli pracuję nad interpretacją czy usiłuję rozwiązać kwestie techniczne, szukam jak najnaturalniejszych rozwiązań. Gdy planuję, w jaki sposób zagrać kolejne frazy, typuję kilka sposobów i wybieram te, które wydają się najsłuszniejsze. Wybór pierwszej frazy pociąga za sobą konsekwencje dla kolejnej. W ten sposób zbiory się powoli zawężają, choć nadal pozostaje kilka wariantów, spośród których muszę wybrać najlepszy. Często czuję się w tym procesie, jakbym rozwiązywał matematyczne zadanie, tworzył graf, w którym poszukuję najlepszej ścieżki.

To brzmi trochę jak opracowywanie scenariuszy szachowych.

Tak, tyle że nie kieruje mną chłodna kalkulacja, a przekaz, ekspresja i emocje. Bywa i tak, że ustalam, co jest najlepsze, ale później na scenie zmieniam rozwiązanie, bo intuicja podpowiada mi coś innego. Dzięki temu jednak, że przeprowadziłem cały proces, wiem, w którą stronę mogę dalej pójść. Nie mam obaw, by zapuścić się w nowe rejony.

Wspominał Pan o organach. Uczył się Pan grać na nich w szkole muzycznej drugiego stopnia, miał Pan też fakultatywne zajęcia w katedrze organów na studiach. Co Pana ujęło w tym instrumencie?

Potęga i różnorodność brzmienia, jakiej nie daje żaden inny instrument. Moją miłością jest francuska muzyka organowa z okresu romantyzmu i francuskie instrumenty, wyróżniające się mnóstwem barw i możliwości. Fascynuje mnie Bach grany na organach. Na fortepianie jest kompromisem, a na organach jego utwory brzmią dokładnie tak, jak były wymyślone. Czuję, że zbliżam się do idei kompozytorskiej.

Podobnie jak w przypadku fortepianów historycznych?

Dokładnie tak. Nagle cały zapis chopinowski na fortepianie historycznym zyskuje sens. Podobnie w przypadku partytur Bacha na organach. Bach korzystał z pełni możliwości tego instrumentu. Organowe fugi Bacha to wirtuozowskie utwory, wymagające technicznie i bardzo popisowe, abstrahując już od ich ekspresyjności i polifonicznego intelektu. Bardzo chętnie zgłębiałem tajniki gry na tym instrumencie i literaturę organową. Mam nadzieję grywać w przyszłości koncerty również na organach.

Czy po ostatnim sukcesie konkursowym Pana kalendarz koncertowy intensywniej się wypełnia?

Jestem tuż po spotkaniach w Narodowym Instytucie Muzyki i Tańca, który w ramach nagrody zorganizuje cykl koncertów w filharmoniach. Wstępne porównaliśmy swoje kalendarze, wychodzi na to, że przyszły rok może być intensywny. Liczę, że będę miał okazję trochę w Polsce pokoncertować.

My również na to liczymy i czekamy na informacje o terminach koncertów!

Dziękuję za rozmowę,

Monika Borkowska

Partnerem materiału jest


Opublikowano

w

Tagi: