Są takie dzieła, które pochłaniają bez reszty. „Ogród rozkoszy ziemskich” zdecydowanie do nich należy. Można przyglądać mu się godzinami i wciąż znajdować nowe postaci, twarze, detale i absurdy, których wcześniej się nie zauważało. Nie da się go ogarnąć jednym spojrzeniem. Ponad pięćset lat po namalowaniu, wciąż jest jednym z najbardziej hipnotyzujących wytworów zachodniej sztuki.

Wisi w madryckim Muzeum Prado. Rozłożony na pełną szerokość mierzy niemal cztery metry. I do dziś wywołuje wiele dyskusji, które koncentrują się wokół wizji artysty.
Człowiek, o którym prawie nic nie wiemy
Obraz przemawia do nas setkami scen, postaci i detali, a jego twórca pozostaje niemal nieznany potomności. O Hieronimie Boschu wiemy zdumiewająco mało. Urodził się około 1450 roku w 's-Hertogenbosch – niewielkim, ale zamożnym mieście w ówczesnej Brabancji, na terenie dzisiejszej Holandii. Od nazwy tego miasta wziął swój przydomek: „Bosch”. Naprawdę nazywał się Jheronimus van Aken. Pochodził z rodziny malarzy – malowali jego dziadek, ojciec, wujowie. Rzemiosło miał więc we krwi.
Spędził w rodzinnym mieście praktycznie całe życie. Należał do pobożnego, prestiżowego stowarzyszenia religijnego – Bractwa Najświętszej Marii Panny. Ożenił się z zamożną kobietą, co zapewniło mu finansową niezależność. Zmarł w 1516 roku. I to właściwie wszystko, co wiemy. Nie zostawił dzienników, listów, traktatów. Nie wiemy, co myślał. Nie wiemy, co czytał. Nie wiemy nawet z całą pewnością, dla kogo namalował swoje największe dzieła.
Te niedopowiedzenia wzmagają jeszcze fascynację autorem i jego artystycznym dorobkiem. Bosch zostawił po sobie obrazy tak gęste od znaczeń i ani jednej „instrukcji obsługi”. Uczeni od pięciu stuleci próbują rozgryźć tę zagadkę.
Tryptyk, który najpierw trzeba otworzyć
„Ogród rozkoszy ziemskich” to nie pojedynczy obraz, lecz tryptyk – trzyczęściowa konstrukcja z dwoma ruchomymi skrzydłami, które można zamknąć niczym okiennice. To ważne, bo oznacza, że dzieło ma dwie zupełnie różne odsłony.

Kiedy skrzydła są zamknięte, mamy przed oczami wizję surową, ascetyczną i spokojną. To przedstawienie trzeciego dnia stworzenia świata: Ziemia jest płaska, jeszcze bezludna, zamknięta w przezroczystej kuli i unosi się w ciemności. W górnym rogu maleńka postać Boga-Stwórcy, który obserwuje swoje dzieło. Nad całością umieszczono cytat z Psalmu: „On rzekł i stało się, On rozkazał, a zaczęło istnieć”.
A potem otwiera się skrzydła i ten powściągliwy, szary świat eksploduje kolorem i szaleństwem. Kontrast nie jest przypadkowy, Bosch zbudował na nim dramaturgię swojego dzieła, od powściągliwości i powagi początku świata do krzykliwej wizji tego, co ludzkość z nim zrobiła.
Lewe skrzydło: Raj, który niepokoi
Po otwarciu tryptyku, na lewym panelu, widzimy Eden. Albo raczej – wersję Edenu według Boscha, bo nawet raj jest u niego dziwny.

Bóg przedstawia Adamowi nowo stworzoną Ewę. Adam siedzi na ziemi i przygląda się jej z zaciekawieniem. Zwykle malarze przedstawiali tę chwilę jako wydarzenie o kosmicznej doniosłości, moment, który porusza całe stworzenie. U Boscha jest inaczej. Adam pozostaje jedyną postacią, którą obchodzi to, co pokazuje mu Stwórca. Zwierzęta żyją własnym życiem, a w tle dzieją się niebywałe rzeczy, które odciągają uwagę od głównej sceny. W centralnej części obrazu, na samym jego środku, w dziupli nierealnej, fantastycznej rośliny siedzi sowa, która w czasach Boscha symbolizowała herezję i mroczne praktyki. Tutaj niemal patronuje ona całej scenie, jakby malarz chciał nam dyskretnie podpowiedzieć: to spotkanie nie zwiastuje niczego dobrego. Idylla podszyta jest niepokojem…

Środkowy panel: tytułowy ogród
To serce dzieła i jego najbardziej zagadkowa część. Rozległy, słoneczny krajobraz wypełniony setkami nagich postaci, które oddają się rozrywce. Bawią się, przytulają, jeżdżą konno w szaleńczej, karuzelowej procesji. Raczą się owocami, wynurzają się ze szklanych baniek i muszli. Wszędzie widać owoce: jagody, wiśnie, truskawki, granaty – symbole rozkoszy słodkiej, ale ulotnej i przemijającej.

Nikt tu nie cierpi. Nikt się nie wstydzi. To scena pozornej harmonii i błogości. Historycy sztuki od wieków zastanawiają się, czy Bosch maluje ostrzeżenie – wizję ludzkości pogrążonej w grzechu, ślepej na konsekwencje, która zaraz zapłaci za swoje uciechy, czy może jest to marzenie o utraconej niewinności, o świecie sprzed upadku.
Większość z nich skłania się ku wersji moralizatorskiej: to obraz ludzkości upojonej zmysłami, korowód rozkoszy, który nieuchronnie prowadzi do piekła, czyli tam, gdzie za chwile przeniesiemy się, oglądając prawe skrzydło. Ale Bosch nie maluje z pełną dosłownością i palcem wzniesionym w geście potępienia. Tworzy swoją wizję w taki sposób, jakby sam nie był do końca pewien przesłania.
Piekło, jakiego nikt wcześniej nie wymyślił
Prawe skrzydło to piekło, czyli pewnego rodzaju rozliczenie, konsekwencja. Ale nie jest to konwencjonalne piekło z ogniem i diabłami trzymającymi w rękach widły. To piekło Boscha: oryginalne, absurdalne, koszmarne. Czysty surrealizm, tyle że… sprzed ponad pięciuset lat!

W tle widzimy miasto na tle nocnego nieba rozświetlonego pożarami. Na pierwszym planie rozgrywa się prawdziwy teatr przedstawiający absurdalny system „kar” nawiązujących do ziemskich grzechów. Hazardzista zostaje przybity na stole do gry, obżartuch wymiotuje bez końca, a chciwiec cierpi, wydalając złote monety. Muzyka – która powinna być rozkoszą – staje się narzędziem tortury: instrumenty miażdżą i nabijają na pal swoje ofiary.

W centrum tej apokalipsy znajduje się jedna z najdziwniejszych postaci: Człowiek-Drzewo. Istota o tułowiu z rozłupanego jaja, na nogach-pniach zakorzenionych w dwóch łódkach, z twarzą odwróconą w kierunku widza. Na płaskim „talerzu” na jego głowie krąży procesja małych postaci. Wielu badaczy uważa, że ta twarz to ukryty autoportret samego Boscha. Jakby malarz umieścił siebie w samym środku własnej wizji potępienia.

Wszędzie panuje logika odwróconego świata: ofiary stają się katami, narzędzia przyjemności – narzędziami męki, ciało ludzkie zlewa się z maszyną, zwierzęciem i przedmiotem.
Nuty zapisane na pośladku
Jest w prawym panelu detal, który w XXI wieku zyskał drugie życie. Na pośladku jednej z potępionych dusz, przygniecionej olbrzymią lutnią, Bosch namalował zapis nutowy – fragment partytury.

W 2014 roku amerykańska studentka odczytała te nuty, przełożyła je na współczesną notację i zagrała. „Pieśń z piekielnego tyłka”, jak żartobliwie ją nazwano, obiegła internet. Okazuje się więc, że u Boscha nawet absurd jest precyzyjnie zaplanowany. Te nuty naprawdę dało się zagrać.
Pięć wieków interpretacji
Co właściwie znaczy „Ogród rozkoszy ziemskich”? Odpowiedzi było tyle, ilu interpretatorów. Najwcześniejsze i najbardziej ugruntowane teorie mówią o tym, że jest to wizualne kazanie o grzechu. Lewy panel pokazuje czystość, środkowy – upadek, prawy natomiast – karę. Klasyczny średniowieczny schemat „grzech i potępienie”, tyle że namalowany z niespotykaną wyobraźnią.
Inni badacze doszukiwali się w obrazie herezji i wpływów sekt. W XX wieku pojawiła się teoria, że Bosch był związany z sektą tzw. adamitów albo „braci wolnego ducha” – grup głoszących, że nagość i swoboda cielesna są drogą do niewinności sprzed upadku. Wedle tej hipotezy środkowy panel byłby nie ostrzeżeniem, lecz wizją raju odzyskanego. Teoria ta jest dziś w dużej mierze odrzucana z braku dowodów, ale pokazuje, jak obraz prowokuje do bardzo śmiałych domysłów.
Jeszcze inni czytają go przez pryzmat alchemii – dostrzegają w przezroczystych kulach, fontannach i procesach przemiany ukryty język alchemicznych symboli. Albo przez astrologię, folklor, przysłowia niderlandzkie (Bosch je uwielbiał i często malował dosłownie). Każda epoka znajdowała w obrazie swoją obsesję.
Surrealiści XX wieku ogłosili Boscha swoim prorokiem. Salvador Dalí i jego koledzy widzieli w nim malarza podświadomości, kogoś, kto cztery wieki przed Freudem malował sny, lęki i pożądania wprost z głębi umysłu.
Historia tego dzieła jest niemal równie ciekawa i tajemnicza jak sama jego treść. Nie wiemy z całą pewnością, kto je zamówił, ale tryptyk dość wcześnie trafił do zbiorów rodziny Nassau w Brukseli – w 1517 roku, zaledwie rok po śmierci Boscha, opisał go pewien włoski podróżnik, który zobaczył pracę w pałacu. Wielkim miłośnikiem Boscha okazał się sam król Filip II Hiszpański (1527-1598). To dzięki niemu obraz trafił ostatecznie do Hiszpanii i przetrwał stulecia w królewskich zbiorach. Dziś jest jednym z najcenniejszych eksponatów madryckiego Prado i jedną z głównych atrakcji muzeum, przyciągającą turystów z całego świata.
Na niesłabnącą fascynację dziełem namalowanym pięćset lat temu przez pobożnego mieszczanina z prowincjonalnego miasta wpływa wiele czynników. Jednym z nich jest gęstość obrazu; każde zbliżenie ujawnia nową scenę, nowy żart, nowy koszmar. Zaprojektowany jest tak, by oglądać go w nieskończoność. Zainteresowanie „Ogrodem rozkoszy ziemskich” potęguje też tajemnica. Brak jednej odpowiedzi nie jest wadą, lecz źródłem siły obrazu, który pozostaje otwartym pytaniem. Oglądamy go przez pryzmat własnych lęków i pragnień. I, co kluczowe, dzieło jest zdumiewająco nowoczesne. Hybrydowe stwory, machiny, świat nieskończonej wyobraźni, w którym ciało zlewa się z przedmiotem, a logika snu zastępuje logikę jawy – wszystko to przypomina XX-wieczny surrealizm w najczystszej postaci i sprawia, że „Ogród rozkoszy ziemskich” jest w stanie pochłonąć bez reszty także współczesnego widza.
Jacek Borkowski

