Sztuka najwyższej próby. Zachwycający „Kolekcjoner” w Muzeum Narodowym

Wystawa „Kolekcjoner. Ignacy Korwin-Milewski” jest niezwykła, pochłania bez reszty. To przenosiny w czasie do XIX-wiecznej rzeczywistości. Polska szkoła malarska miała się wtedy świetnie, powstało wiele wspaniałych dzieł. Gdy stoi się oko w oko z obrazami takimi jak „Trumna chłopska” Aleksandra Gierymskiego czy „Na nieszporach” Mieczysława Reyznera, traci się poczucie czasu. Czyż nie o to chodzi w kontakcie ze sztuką?

Sztuka najwyższej próby. Zachwycający „Kolekcjoner” w Muzeum Narodowym
Fragment wystawy, fot. DlaKultury.pl

W warszawskim Muzeum Narodowym prezentowane są prace polskich malarzy XIX wieku z pieczołowitością dobierane przez Korwin-Milewskiego, mecenasa artystów. Nie ma tu całej jego kolekcji, część dzieł zaginęła. Ale nawet utracone obrazy zostały symbolicznie przywrócone, wydrukowane na wielkich półprzezroczystych płachtach materiału przypominają widma, które wyłaniają się z zaświatów.

To, co przetrwało, to zbiór imponujący. Dużo tu prac wielkoformatowych, bo tytułowy kolekcjoner od początku miał ambicje stworzenia kolekcji narodowej, która byłaby prezentowana w muzealnych wnętrzach. Obok dzieł Józefa Chełmońskiego, Jana Matejki, Jacka Malczewskiego, Stanisława Witkiewicza są obrazy m.in. Ludwika Stasiaka, Wincentego Wodzinowskiego, Ludwika de Laveaux, Wacława Szymanowskiego czy Kazimierza Pochwalskiego.

Wsi spokojna, wsi wesoła…”

Ich tematyka jest niezwykle szeroka. Sporo jest tu folkloru, a to głównie za sprawą prac Wincentego Wodzinowskiego, którego Korwin-Milewski objął swego czasu mecenatem. Ufundował malarzowi pracownię pod Krakowem, gdzie artysta mógł w komfortowych warunkach oddać się pracy twórczej. Kolekcjonera fascynowały tradycje i obyczaje włościan, zwłaszcza barwny folklor. Na te potrzeby arystokraty Wodzinowski potrafił należycie odpowiedzieć. Na ekspozycji obejrzeć można jego barwne sceny weselne z roztańczonymi mieszkańcami małopolskich wiosek, pogrzeb wiejski, kościelną procesję. W sztukę wnikała głęboko również szara codzienność. Artysta udowodnił, że ciekawym tematem malarskim może być proces sprzedaży lasu, prosięta wiedzione przez wieśniaków na jarmark a nawet kobieta ciągnąca pijanego męża.

Wincenty Wodzinowski,  W drodze na jarmark
Wincenty Wodzinowski, W drodze na jarmark, ok. 1905, fot. DlaKultury.pl

Równie szeroko reprezentowany jest na wystawie Aleksander Gierymski. – Dla mnie ta wystawa jest o Gierymskim. Odkrywam go tu na nowo. Co za kolory! Chodzę i zadaję sobie pytanie, co skłaniało go do takich rozwiązań kolorystycznych. Znałam te prace, ale teraz spojrzałam na nie z innej perspektywy – powiedziała mi znajoma, którą spotkałam w jednej z sal. Nic dodać, nic ująć… To niewątpliwie jeden z głównych bohaterów ekspozycji. Korwin-Milewski zwrócił na niego uwagę już podczas pierwszych zajęć w akademii monachijskiej i przez lata nie szczędził środków, by wspierać artystę. Miał bardzo pokaźny zbiór jego prac z różnych okresów życia. Trudno dziwić się słabości, jaką miał do malarza. To fascynujące płótna!

Aleksander Gierymski, Chłopiec w słońcu
Aleksander Gierymski, Chłopiec w słońcu, 1893-1894,
fot. DlaKultury.pl

Wielkieś mi uczyniła pustki…”

Od „Trumny chłopskiej” (1894) nie można wprost odejść. Chce się wracać przed ten obraz po wielokroć. Wszystko jest tu przejmujące – temat, atmosfera, nastój. Wrażenia potęguje duży rozmiar płótna. Dwoje wieśniaków siedzi przed chatą. Właśnie stracili dziecko. Każde z nich na swój sposób przeżywa te trudne chwile. Kobieta ma wykrzywioną cierpieniem twarz. Normalnie biegałaby po gospodarstwie, oddając się kolejnym zajęciom, teraz legła na siedzisku ze spuszczonymi rękami, patrząc w dal. Te spracowane ręce nie nawykły do bezczynności… Mężczyzna w zamyśleniu pali fajkę, on też spogląda w przestrzeń, ale nie obrazów szuka, walczy z kłębiącymi się myślami. I ten biedny psiak, wierny, nie do końca rozumiejący, co się stało. A jednak ma się wrażenie, że i jego ciałko zwinięte w kłębek wyraża ból. Być może utracił wiernego towarzysza zabaw o perlistym śmiechu, z którym biegał po polach i leśnych ostępach?…

Aleksander Gierymski, Trumna chłopska
Aleksander Gierymski, Trumna chłopska, 1894, fot. DlaKultury.pl

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

Moja droga Orszulo, tym zniknienim swoim.

Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:

Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.

Tyś za wszytki mówiła, za wszytki śpiewała,

Wszytkiś w domu kąciki zawżdy pobiegała.

Nie dopuściłaś nigdy matce sie frasować

Ani ojcu myśleniem zbytnim głowy psować

To, co Kochanowski opisał słowem w swoim trenie, Gierymski w tak niezwykły sposób odmalował pędzlem…

Oparte o ścianę domu stoi wieko trumienki. Obyczaj nakazywał wystawić przed pogrzebem otwartą trumnę, by dusza zmarłego mogła bez przeszkód opuścić ciało. Trudno uwolnić się od natrętnej myśli, co dzieje się w środku chaty. Jakie dźwięki towarzyszą scenie? Czy wiejskie płaczki opłakują dziecko, które utraciło życie, zanim zdążyło się w nim na dobre rozsmakować? Czy członkowie wiejskiej wspólnoty siedzą w milczeniu przy płonących świecach, wzdychając albo pojękując z bólu od czasu do czasu? Może szepczą „Zdrowaśki”? A może martwe dzieciątko czeka na pochówek samotnie, w ciszy przeszywanej jedynie bzyczeniem much?

Nie można nie wspomnieć o kolorach, jakie zastosował tu artysta. Błękity, róże, czerwienie, fiolety, zielenie, brązy i wieko intensywnie niebieskiej trumienki – cóż to za połączenie! Żywe barwy doskonale nadawałyby się do odmalowania potańcówki w wiejskiej karczmie. Ale śmierć? Żałoba? Można by pomyśleć, że kolorystyka stoi w sprzeczności z samym tematem obrazu. A jednak na taką paletę zdecydował się malarz… Barwy urzekają swoją soczystością i mocą, zanim widz zapatrzy się w detale, wnika w nie i zatapia się w tym pięknie bez reszty. Później doznania są już tylko silniejsze. Wyraz twarzy modeli, poza, gesty i to bolesne, dotkliwe poczucie straty, krzycząca nieobecność głównego bohatera – poruszają do głębi. Wielką moc ma ten obraz, gdy stanie się przed nim oko w oko…

Studium postaci do obrazu Trumna chłopska

Och życie, kocham cię nad życie!”

Nie on jeden. Trudno też odejść od płótna „Na nieszporach” Mieczysława Reyznera z 1892 r. To również duży format, na co dzień wisi w Muzeum Narodowym w Lublinie. Tam widziałam obraz po raz pierwszy, przykuł moją uwagę od pierwszej chwili, gdy weszłam do sali, gdzie był wyeksponowany. Ale w Warszawie robi jeszcze większe wrażenie, bo jest na wyciągnięcie ręki. Bliskość obcowania ze sztuką potęguje doznania, szczególnie gdy jest ona tak piękna.

Mieczysław Reyzner, Na nieszporach
Mieczysław Reyzner, Na nieszporach, 1892, fot. DlaKultury.pl

Tu kolorystyka dla odmiany jest niezwykle stonowana, za paletę wystarcza autorowi biel, wszystkie odcienie szarości, brąz i czerń. Trzy staruszki w kościelnej nawie na swój sposób przeżywają nabożeństwo. Jedna zasnęła oparta o ścianę, druga tkwi w rozmodlonej pozie, ze złożonymi rękoma, a trzecia z szelmowskim uśmiechem… no właśnie. Co robi ta trzecia? Trzyma w dłoni otwarte pudełeczko niewielkich rozmiarów, zapewne skórzane. Wieczko od niego leży na spódnicy. Czy to etui od różańca? A może… tabaka? Bo lewą dłonią dziarska staruszka operuje w okolicach nosa.

Różnie można odczytywać ten obraz. Jako trzy etapy starości, powolne przechodzenie od życia po jego kres. Albo jako granicę między tą stroną świata a drugą – postać trzeciej staruszki wychodzi poza ścianę nawy, za nią widać tłum rozmodlonych wiernych. Można uznać, że trzyma się jeszcze kurczowo doczesności, podczas gdy sąsiadki są zapatrzone są już w wieczność. A może to po prostu to różne typy religijności? W 1893 r. w recenzji z wystawy, na której prezentowano obraz, napisano: „Trzy rodzaje różnych temperamentów w wieku zgrzybiałym z wielką prawdą i odcieniem humoru przedstawił utalentowany artysta w tym obrazku, świadczącym nader korzystnie o jego zdolnościach i technice malarskiej”.

Bo piękno na to jest, by zachwycało”

Na wystawie natknąć się można na zachwycające pejzaże. Czasem są tłem dla scen rozgrywających się na obrazku, kiedy indziej – głównym jego tematem. Wspaniały jest „Bałtyk pod Połągą” Stanisława Witkiewicza (1885).

Stanisław Witkiewicz, Bałtyk pod Połągą
Stanisław Witkiewicz, Bałtyk pod Połągą, 1885, fot. DlaKultury.pl

Trzech mężczyzn płynie łodzią po wzburzonym morzu, walcząc ze spienionymi falami. Ciemne niebo nie odbiega specjalnie barwą od czarnej głębiny wód. Groza natury daje o sobie znać w całej jej potędze. Ale to, co urzekające, to fotograficzna wręcz precyzja malarza. Jak wiernie odmalował tę scenę! Szczególne wrażenie robi zgniłozielona, podbarwiona brązem toń wody… jakże jest charakterystyczna dla Bałtyku! Zobaczmy dla porównania, jak odmiennie do tematu podszedł Gierymski („Morze”, 1896).

Aleksander Gierymski, Morze
Aleksander Gierymski, Morze, 1896, fot. DlaKultury.pl

Bawiąc się dalej w szukanie różnic, można na przykład zestawić paletę kolorystyczną Chełmońskiego – przyszarzałą, markotną, jak ta w „Babim lecie” (1875) z pełną życia, skrzącą żywymi barwami paletą Gierymskiego, np. na obrazie „Chłopiec w słońcu” (1893/94). Podrostek w czerwonej koszuli idzie po łące ze snopkiem siana na głowie. Okala go jasna zieleń traw. A jak intensywnie połyskuje słońce w trawach i w stożku siana! Dwa obrazy, podobna tematyka, a jakże inna wizja!

Można by snuć opowieść o wystawie bez końca, wspomnieć o „Pomarańczarce”, „Żydówce z cytrynami”, o „Stańczyku”, wspaniałej galerii portretów czy dziesiątkach innych płócien. A przecież ekspozycja na obrazach się nie kończy. Są tu też pamiątki rodzinne Korwin-Milewskiego, opowieść o jego życiu, o Wileńszczyźnie, z której pochodził i pasjach – fotograficznej, podróżniczej, żeglarskiej. Jest okazja, by zobaczyć świat początku XX wieku jego oczami. Mamy tu całe bogactwo eksponatów. Żeby na dobre rozsmakować się w takiej porcji sztuki, warto poświęcić na zwiedzanie więcej czasu, a nawet zaplanować ponowne odwiedziny muzeum, by nie uronić nawet kropli z tego rogu obfitości, którym uraczyli nas organizatorzy wystawy. Gorąco polecam!

Wystawa „Kolekcjoner. Ignacy Korwin-Milewski (1846–1926)” w Muzeum Narodowym w Warszawie potrwa do 13 września 2026 r.

Link do wydarzenia: Wystawy / Muzeum Narodowe w Warszawie

Monika Borkowska

mecenas kultury


Opublikowano

w

Tagi: