W niecałe 500 dni od śmierci Janusza Olejniczaka, pianisty i pedagoga, na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie odsłonięty został pomnik artysty. Od dziś Maestro zasiada na ławeczce, w swoim ulubionym miejscu – na uczelnianym patio.

Autorem rzeźby jest Grzegorz Gwiazda, wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Koncepcja rzeźby pojawiła się wiosną zeszłego roku. Najpierw artysta przygotowywał kilka wersji projektu, a po wakacjach przystąpił do prac w materiale. – Nie znałem osobiście Mistrza, tylko jego muzykę. Posiłkowałem się zdjęciami i głównie wywiadami, by uchwycić charakterystyczną pozę, sposób poruszania się – mówił rzeźbiarz.
Władze, kadra i sami studenci niezwykle ciepło wyrażają się o Januszu Olejniczaku, który był jednym z najpopularniejszych pedagogów na uczelni. Miał niezwykle bliski kontakt ze studentami, zależało mu na młodych ludziach, nawiązywał z nimi przyjacielskie relacje, starał się wspierać ich w muzycznej drodze. – Zwyczajnie, po ludzku, za Maestro Januszem Olejniczakiem tęsknimy. Dziś obchodzimy najbardziej radosne święto uczelniane odkąd pamiętam – artystyczna wizja sprawiła, że Mistrz powrócił do nas, na swoje ulubione miejsce, w którym często przesiadywał, rozmawiając ze studentami – mówił podczas uroczystości Tomasz Strahl, rektor UMFC.
Patio w dniu odsłonięcia pomnika zapełniło się tłumem osób w czerwonych szalikach – na cześć pianisty, którego znakiem rozpoznawczym był właśnie czerwony szal. Otulił on również kamienną postać artysty zasiadającą na ławeczce w charakterystycznej pozie. Tego dnia na uczelnię przybyła rodzina pianisty a także pracownicy Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina, ważne postaci świata muzycznego, przyjaciele artysty i jego studenci.
Janusza Olejniczaka cechowała niezwykła wrażliwość. Potrafił odmalować muzyczne światy z niezwykłym wdziękiem, wrażliwością, subtelnością i kolorem. To dlatego po drodze było mu z muzyką Chopina – równie intymną, pełną niuansów, tkliwą, a jednocześnie kunsztowną i wyrafinowaną. I choć Chopin do końca pozostawał „poza rankingiem”, pianista grał także utwory innych kompozytorów, w których muzyce gustował – Ravela, Debussy’ego, Beethovena, Szostakowicza i Prokofiewa. Podczas jego koncertów często można było też usłyszeć tanga Astora Piazzoli.
Od najmłodszych lat był skromnym człowiekiem i takim pozostał do końca swych dni, mimo że po drodze zrobił światową karierę, zdobywając powszechne uznanie. Był jednym z bohaterów filmu dokumentalnego Mariusza Waltera z 1971 r. „Pierwszy szósty” – poza sylwetką Olejniczaka, zdobywcy szóstego miejsca, przedstawiono tam również zwycięzcę, Garricka Ohlssona z USA. W pewnym momencie na wizji pada pytanie o przyszłość. Olejniczak, który miał wtedy 18 lat, odpowiedział w następujący sposób: „Każdy człowiek marzy o tym, by mieć jakąś pozycję w życiu, być kimś. Marzenie o sławie, dobrobycie – to marzenie każdego człowieka. Kariera estradowa, artystyczna jest bardzo chwiejna. Może się udać, ale najczęściej się nie udaje. Ja będę robił wszystko, aby możliwie w jak najlepszy sposób wykorzystać swoje zdolności. Nie wiem, czy to się uda. A jeśli to nie wyjdzie, wtedy z pełną pasją będę uczył. Po prostu zajmował się innymi młodymi ludźmi, swoje doświadczenia i umiejętności, których samemu nie udało mi się wprowadzić w życie, będę przekazywał innym. Chyba będzie to dla mnie w sumie równie wielkim wyzwaniem”.
Osiągnął sukces na scenie, a jednocześnie spełniał się w roli pedagoga. Czuł się odpowiedzialny za młodych ludzi. Poszukiwał wraz z nimi ich indywidualnego muzycznego języka, wspierał ich w trudnej drodze, która faktycznie nie zawsze prowadzi do sukcesu. Na uczelnię trafiają najlepsi, a przecież nie wszystkim udaje się zrobić karierę. Dbał o to, by nawet ci, którzy tracą wiarę w słuszność obranej ścieżki, odnaleźli się w muzycznym świecie, spełniając się na przykład w kameralistyce, kompozycji, czy w jazzie. Z ogromną odpowiedzialnością podchodził do roli jurora w Konkursie Chopinowskim, powtarzając, że najważniejszą powinnością jurora jest „nie stracić talentu”.

Dziś Janusz Olejniczaka nie ma już z nami fizycznie, ale wciąż mamy poczucie duchowej i emocjonalnej więzi z artystą. W uszach brzmią jeszcze wypowiedziane przez niego słowa, pamiętamy jego twarz, mimikę, uśmiech. Jawi nam się przed oczami z nieodłącznym papierosem i kubkiem kawy w dłoni. Tego już nie doświadczymy… Na szczęście zostawił po sobie wiele pięknych nagrań, które mówią więcej niż tysiąc słów. Możemy bez końca zatapiać się w jego muzyce, słuchać interpretacji, oddawać się przyjemności obcowania z najpiękniejszymi. „Non omnis moriar”…
Monika Borkowska
▼ To może Cię zainteresować ▼

