Oswojony świat Nikifora. O krynickim artyście i jego sztuce naiwnej

Nikifor, łemkowski artysta, stworzył blisko 40 tysięcy prac. Malował na kawałkach tektury, na okładkach zeszytów, skrawkach papieru. Sąsiedzi z Krynicy-Zdroju, gdzie mieszkał, traktowali go jako upośledzonego dziwaka, jego malowidłom nie przypisywali żadnej wartości. Jakie musiało być ich zdziwienie, gdy obrazki krynickiego ekscentryka trafiły na światowe wystawy, m.in. do Paryża, Londynu i Amsterdamu!

Nikifor, Oswojony świat Nikifora - DlaKultury.pl
Nikifor

Matką Nikifora była głuchoniema łemkowska żebraczka, która nosiła wodę do krynickich uzdrowisk. Nie wiadomo, kto był jego ojcem. On sam miał utrudniony kontakt z otoczeniem – zamknięty w swoim świecie bełkotał niewyraźnie, pisał jedynie pojedyncze słowa (Nikifor, Matejko i Krynica). Krynickie dzieciaki bawiące się na lokalnym deptaku nie dawały mu żyć. Zwracały się do niego per „ty”, bez odrobiny szacunku, szarpiąc go i wymierzając kuksańce. Potrafiły być okrutne. Powtarzały schematy wyniesione z domów, gdzie mówiło się o Nikiforze jak o przybłędzie, darmozjadzie, żebraku, oszuście. W dodatku głupim i pomylonym.

Nikifor, Autoportret, fot. Paweł Markuszewski

Był samotny, wychowywał się bez rodziny, wśród obcych osób. Mieszkał w podkrynickiej wsi, zajmując jedno pomieszczenie w chłopskiej chacie dzielonej z przypadkową rodziną, z dostępem do wspólnej kuchni. To właśnie w tej kuchni spał, bo izba przeznaczona dla niego nie miała okien, tylko zabite deskami dziury. Panował tam chłód i wilgoć. Nic dziwnego, że wolał przenieść się na noc na kuchenną ławę.

W izbie miał swój skarb, drewnianą skrzynię, w której trzymał namalowane przez siebie obrazki i odświętne niedzielne ubranie. Pod koniec lat 40., gdy Nikifor miał już blisko pięćdziesiątkę, ubranie było już całkowicie znoszone, nadawało się co najwyżej na szmaty. On mimo to z pieczołowitością i namaszczeniem powtarzał swój rytuał, składając odzież do skrzyni w niedzielne wieczory. Na nosie miał okulary, a że były pęknięte, związywał je sznurkiem. Jadł mało co, za strawę starczała mu sucha bułka i mleko. Siadał każdego ranka na krynickim deptaku, rozkładał na murku papiery i farbki i malował.

Skrzynia, Muzeum Nikifora, Krynica Zdrój
fot. Paweł Markuszewski

Kolorystyka prac Nikifora zachwyciła kapistów, którzy mieli okazję obejrzeć je jeszcze przed wojną. W 1937 roku w „Arkadach” opublikowany został artykuł poświęcony artyście. Jego autorem był Jerzy Wolff. Podkreślał on, że naiwność tej sztuki jest wartością. Nie jest obudowana nośnymi ideami, nie jest wynikiem intelektualnych dociekań, a płynącą z serca narracją. Podejście Nikifora do barw porównywano ze słuchem absolutnym u ludzi obdarzonych talentem muzycznym. Turyści z krynickiego deptaka patrzyli jednak na obrazki Nikifora jak na rysunki dziecka. Reakcje miejscowych utrzymywały ich w przekonaniu, że nie mają one większej wartości. Potrzeba było czasu i zainteresowania ludzi, którzy ze sztuką byli w mocnej zażyłości, by wytłumaczyli pozostałym wartość tych papierowych malunków.

Nikifor, Architektura fantastyczna z orłami, fot. Paweł Markuszewski

Nikifor tworzył swoje wizje bezwiednie i niezwykle konsekwentnie. Odmalowywał świat, który znał, który obserwował – górskie pejzaże, krynickie, wille, ulice, cerkwie, ludzi, drzewa. Wszystko w wersji uproszczonej, ale nie minimalistycznej. Z lubością odtwarzał detale, wyposażenia domów, wykończenia architektoniczne. Gdy wysiedlono go wraz z innymi łemkowskimi rodzinami podczas akcji Wisła, znalazł się na polskim Wybrzeżu. Udało mu się jednak wrócić do Krynicy, którą traktował jak swoje miejsce na ziemi, swój dom. Przywiózł z tego „zesłania” obrazki, na których uwiecznił ludzi w słonecznych okularach, mężczyzn w szerokich letnich spodniach, ale nigdy nie namalował morza. Jego bezkres nie przemawiał do mężczyzny. Nie rozumiał go. A skoro tak, nie podjął się uwiecznienia tego, co było tak niepojęte i zupełnie z innego świata…

Nikifor na salonach

Gdy zainteresowali się nim Ella i Andrzej Banachowie, sytuacja zaczęła się powoli zmieniać. Pierwszą wystawę zorganizowano mu w Warszawie w 1949 roku, w pałacyku na ul. Foksal. Kolejna odbyła się w tym samym roku w Krakowskim Domu Kultury. Były i następne, w Muzeum Narodowym w Warszawie oraz w Sopocie. Artysta został w końcu zauważony. Malował przez całe życie, a w świadomości ludzi sztuki zaistniał dopiero mając prawie pięćdziesiątkę. Również Polski Związek Artystów Plastyków docenił wysoką wartość artystyczną jego dzieł. Podkreślano w szczególności harmonię stosowanych przez niego barw.

Nikifor, Miasto nad rzeką, fot. Paweł Markuszewski

Po latach obrazki Nikifora pojawiły się na wystawach w Londynie, gdzie zostały dobrze przyjęte, a nawet w Paryżu. Opiekunowie krynickiego artysty pracowali usilnie, by francuska historia zakończyła się sukcesem. Podczas pierwszej z wizyt w Paryżu zabrakło najmniejszego nawet zainteresowania twórczością malarza. Na kolejny tour promotorzy artysty wyruszyli już z nazwiskami osób kolekcjonujących dzieła prymitywistów, szukając u nich wsparcia. Z dobrym skutkiem. Prace Nikifora wyglądały dość biednie w porównaniu z obrazkami zagranicznych malarzy tego nurtu. Ostatecznie wystawa odniosła jednak sukces. Jeden z krytyków nazwał ją „ożywczą kąpielą”. Następnie obrazki krynickiego artysty trafiły jeszcze do Amsterdamu, Brukseli i Hajfy i trzech niemieckich miast.

Po tym paśmie sukcesów, w latach 60. życie Nikifora było już zupełnie inne. Otrzymał nowe mieszkanie w Krynicy, w którym zainstalowano mu telefon, zaopatrzył się też w odbiornik radiowy. Nadano mu nazwisko Krynicki. Sprzedawał swoje prace na pniu, nie miał domowego archiwum, nie miał nawet czego powiesić na ścianach. Żył z malowania, taki komfort miało niewielu artystów. Wyruszył nawet w pewnym momencie wraz ze swoim opiekunem w podróż – odwiedził Warszawę i złote plaże Bułgarii, dokąd poleciał… samolotem! Miał wiele szczęścia, że swego czasu roztoczyło nad nim opiekę Ella i Andrzej Banachowie. Po latach opiekę nad Nikiforem przejął artysta plastyk Marian Włosiński.

Wraz z rosnącą popularnością Nikifora rosło zainteresowanie jego pracami. Pod koniec życia malował już nie z wewnętrznej potrzeby i zachwytu nad światem, ale dla klienta. Stopniowo wyczerpywała się jego pomysłowość, choć do końca sumiennie przykładał się do pracy.

Nikifor w trakcie pracy

Blaski i cienie

Ilekroć odwiedzał małżeństwo Banachów w Krakowie, od razu zagospodarowywał przestrzeń ich krakowskiego mieszkania, udomawiał ją. Zajmował duży drewniany stół, który od tej pory służył mu za warsztat. Zanim jednak artysta na dobre rozgościł się w nowym lokum, należało doprowadzić go do porządku – umyć i ubrać w świeżą odzież. Uznawał tylko biel i czerń, takie zestawienie w połączeniu z kapeluszem dawało mu poczucie należytej prezencji. Gdy kiedyś zaproponowano mu sztruksowe ubranie w kolorze brązu, stanowczo odmówił. Trzeba było też zawsze lawirować między strojem zbyt ubogim, którego Nikifor nie tolerował, a zbyt wykwintnym. Gdy stawał przed lustrem odświeżony, elegancki, mawiał: „W takim ubraniu nikt mi nic nie da”.

Nikifor z czasem zaczął podupadać na zdrowiu. Cierpiał na astmę, coraz cięższe ataki kaszlu utrudniały mu oddychanie. Targał nim lęk przed śmiercią. Z drugiej jednak strony nie uznawał leczenia ani jakichkolwiek zabiegów lekarskich. Trzeba było chwytać się sposobów, gdy miał przyjąć zwykłą tabletkę. Banachowie wspominali, że należało do wtedy głaskać po twarzy i dłoniach, zapewniając, że w tym momencie prezentuje się wyjątkowo dobrze. Przytakiwał wówczas i połykał proszek.

Z czasem okazało się, że podwórkowy malarz choruje na gruźlicę. Z ogromnym trudem próbowano umieszczać go w szpitalu. Bardzo źle znosił bycie „nie u siebie”, we wspólnych salach, w zamknięciu i jakimś rodzaju zniewolenia, które może nie do końca rozumiał. Uciekał wielokrotnie, czasem próbowano go utrzymać w placówce podstępem, obietnicami, prezentami. Donoszono mu jego ulubione potrawy. Dokładano starań, by terapia trwała jak najdłużej. Nie zawsze udawało się utrzymać chorego w szpitalu, ale z całą pewnością troska opiekunów przedłużyła jego życie o kilka lat. Zmarł w 1968 roku w szpitalu dla chorych na gruźlicę w Foluszu koło Jasła. Został pochowany w Krynicy.

Świat oswojony

W nikiforowskich wizjach świat realny i fantastyczny mieszają się ze sobą. Są tu święci, cerkwie, krynickie zaułki, scenki z życia codziennego. Wszystko odmalowane z ujmującą prostotą. To świat oglądany oczami dziecka, doskonale znany artyście, oswojony przez niego.

Nikifor, Święci, fot. Paweł Markuszewski

„Nasuwa się oczywiście stwierdzenie, że Nikifor i jemu podobni są artystami bez wyszkolenia. Że jest dyletantem, samoukiem. Że jest amatorem. I wszystkie te określenia są słuszne, jeśli nie będą zarzutami ani wyrzutami. Jeśli im się odbierze ich moc ujemną” – piszą w książce „Historia o Nikiforze Ella i Andrzej Banachowie. „Może być wreszcie Nikifor podejrzany o związki ze sztuką dziecka. Pokrewieństwa te istnieją, w tej mierze o ile twórczość jest zabawą i o ile artysta odzyskuje utraconą niewinność widzenia. Tołstoj mówił, że do pięciu lat każdy jest geniuszem. Ale sztuka dziecka jest zabawą wyłącznie, i to zabawą nieświadomą, jest grą uczucia otwierającą oczy. Nikifor jest świadomy znakomicie. I sztuka dzieciństwa ginie ze swym dzieciństwem. Nikifor z twórczości swojej nie wyrasta” – dodają.

Nikifor, Pejzaż z architekturą,
fot. Paweł Markuszewski
Nikifor, Pejzaż z architekturą,
fot. Paweł Markuszewski

Szpalery drzew, rzędy kamienic, równo odmalowane okna budynków, poszatkowane na bliźniacze romby pola w tle miejskich pejzaży – ma się wrażenie, jak gdyby powtarzalność pewnych schematów wyjątkowo cieszyła oko domorosłego malarza, przynosiła mu ukojenie i satysfakcję. Panuje tu porządek, zupełnie jak w jego życiu, które toczyło się jednostajnym rytmem: noc – dzień, praca – odpoczynek, dzień powszedni – niedzielne święto. Proste zasady kształtowały rzeczywistość artysty i wszystko to zdaje się mieć odbicie w jego pracach. Tak rozumiał świat i tak go odmalowywał. Dlatego morza, którego nie zdołał pojąć i oswoić, nie namalował. Zignorował bezkresną toń, bo nie mieściła się w jego wyobrażeniu świata. Był w swoim podejściu i malarskich wizjach niezwykle konsekwentny i szczery.

Gdyby nie opiekunowie, na których trafił przez przypadek, zapewne do końca jego życie wyglądałoby tak jak wcześniej – malowałby na skrawkach papieru, tłumiąc głód bułką z mlekiem i odganiając od siebie niesforną zgraję dzieciaków. Pewnie choroba szybciej pozbawiłaby go sił, ale rdzeń istnienia Nikifora byłby niezmiennie ten sam. Jego życie pokazuje, że sztuka nie potrzebuje aprobaty, by istnieć – potrzebuje jedynie człowieka, który ma odwagę ją konsekwentnie i niezłomnie tworzyć.

Grób Nikifora na cmentarzu w Krynicy,
fot. Paweł Markuszewski

Monika Borkowska

Podobał Ci się ten artykuł?
Daj znać w komentarzu pod naszym postem na Facebooku


Opublikowano

w

Tagi:

Przegląd prywatności
Dla Kultury

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

Ściśle niezbędne ciasteczka

Niezbędne ciasteczka powinny być zawsze włączone, abyśmy mogli zapisać twoje preferencje dotyczące ustawień ciasteczek.

Ciasteczka stron trzecich

Ta strona korzysta z Google Analytics do gromadzenia anonimowych informacji, takich jak liczba odwiedzających i najpopularniejsze podstrony witryny.

Włączenie tego ciasteczka pomaga nam ulepszyć naszą stronę internetową.