Jakub Józef Orliński i Michał Biel wystąpili w piątek w warszawskiej filharmonii. Dwóch panów w czerni i współczesny fortepian – to wystarczyło, by stworzyć na scenie prawdziwą magię! Wykonali kompozycje Georga Friedricha Haendla, Henry’ego Purcella, Tadeusza Bairda i Mieczysława Karłowicza.

Orlińskiego nikomu przedstawiać nie trzeba. To polski znak firmowy, wspaniały kontratenor, który występował na wszystkich liczących się scenach świata, którego kalendarz koncertowy wypełniony jest po brzegi, który fascynuje melomanów na wszystkich kontynentach. A przy tym to zwykły chłopak z Żoliborza – uśmiechnięty, sympatyczny i niezwykle towarzyski, przełamujący bariery, lubiący sport, uprawiający breakdance. Od lat promuje barok – również wśród młodszej publiczności (choć akurat piątkowy koncert, jeśli chodzi o średnią wieku, nie odbiegał specjalnie od innych).
Warszawski koncert potwierdził, że możliwości wokalisty są ogromne. Jego głos jest dźwięczny, mocny, solidnie postawiony. Intonacyjnie – uderza w sam punkt, w złoty środek. Wizytówką artysty są ujmująco piękne wysokie tony, trójwymiarowe i soczyste. Ale jakże niezwykła jest również niska skala jego głosu! Jak nośne dźwięki wydobywa z rejestru piersiowego! Najlepiej pokazała to popisowa aria Arsace z II aktu opery Partenope Haendla: „Furibondo spira il vento”, w której zaprezentował – z wdziękiem i swobodą – całą pełnię swoich możliwości.
Sprawność techniczna to jedno, ale warto też podkreślić, jak Orliński buduje napięcie, jak oddaje dramatyzm, jak tworzy narrację! Kojarzony jest głównie z radosnymi, barwnymi utworami, ale i tymi, od których bije mrok, potrafi uderzyć w sam środek serca! Tu wspomnieć warto arię „What power art thou” z pół-opery „Król Artur” Henry’ego Purcella. Śpiewa ją duch zimna i mrozu, Cold Genius, przebudzony ze świata lodu i śmierci przez moc miłości. Duch cierpi od samego przebudzenia, chciałby znowu zamarznąć. Jakże dramatycznie wybrzmiała ta aria w piątkowy wieczór! Jej siła rażenia była ogromna, czego publiczność dała wyraz gorącymi brawami.
Michał Biel i Jakub Józef Orliński kończyli w jednym czasie Akademię Operową przy Teatrze Wielkim-Operze Narodowej. Od tamtej pory ich muzyczne ścieżki często się przecinają. Akademia opracowała przed laty specjalny program kształcenia dla wokalistów i akompaniatorów, który ma pomóc młodym artystom wypłynąć na szersze wody. Wielu z nich, jak choćby opisywany duet, zrobiło międzynarodową karierę.
Beata Klatka, kierownik Akademii Operowej, podkreślała wielokrotnie, że pianiści, którzy tam trafiają, muszą czuć repertuar wokalny, lubić go i rozumieć. To nie jest zajęcie dla wszystkich. Michał Biel, który wciąż działa w Akademii, teraz już jako wykładowca, każdym swoim występem udowadnia, że wybór tej ścieżki nie był przypadkowy. Jest niezwykle utalentowanym instrumentalistą, który rozumie niuanse muzyki wokalnej jak mało kto. Ma się wrażenie, jakby fortepian pod jego palcami oddychał, frazował razem ze śpiewakiem. Łatwiej osiągnąć taki efekt w przypadku instrumentów dętych, które bazują na ludzkim oddechu, albo na akordeonie, który też tłoczy powietrze miechem mającym określoną pojemność. W przypadku fortepianu zostaje fraza i wyczucie, jak długo utrzyma się dźwięczność tonu. To namiastka oddechu. I Biel wyczuł ją w stopniu doskonałym. Z precyzją godną chirurga operuje głośnością dźwięku, panuje nad melodią, prezentuje motywy, zachwycając szlachetnym brzmieniem.
Do tego dochodzi artykulacja, która poprzez rozłożone pasaże zgrabnie imituje charakterystyczny ton klawesynu a równomiernymi pochodami dźwięków nawiązuje do nośnej podstawy basso continuo. Pianista zastępuje tu całą orkiestrę, w dodatku historyczną, mając do dyspozycji jedynie współczesny fortepian. Sam Biel zapewniał, że nie dąży do naśladowania instrumentów historycznych, jednak takie skojarzenia podczas słuchania utworów przychodzą mimowolnie.
Ale nie tylko do baroku odwoływali się artyści podczas piątkowego koncertu. Wykonali też cztery sonety Shakespeare’a w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego z muzyką Tadeusza Bairda oraz kilka pieśni Mieczysława Karłowicza do słów Juliusza Słowackiego i Kazimierza Przerwy-Tetmajera w stylistyce jakże innej od XVII-wiecznej.
Część prezentowanych w piątek utworów znalazło się na wydanej niedawno płycie „If music…”, na którą składa się siedemnaście pieśni i arii trzech kompozytorów – Purcella, Haendla i Fuksa. Sam tytuł krążka pochodzi z pieśni Purcella, której tekst zainspirowany jest otwierającym wersem sztuki Shakespeare’a „Wieczór Trzech Króli”: „If music be the food of love, play on” („Jeśli muzyka jest pokarmem miłości, grajcie dalej”). Artyści postawili jednak po zwrocie „Jeśli muzyka” wielokropek, by każdy mógł wypełnić puste miejsce inną frazą, w zależności od skojarzeń i emocji, które wyzwalają w nich kolejne utwory.
Koncert był prawdziwą ucztą duchową. Wystarczyło spojrzeć na słuchaczy, na ich zastygłe w uśmiechu twarze, by przekonać się, jak ogromne emocje muzycy wywołują wśród widowni. Duet otrzymał owacje na stojąco, był wielokrotnie wywoływany na scenę. Artyści wykonali kilka utworów na bis, był nawet akcent japoński – panowie wrócili właśnie z tournée w Azji i przywieźli stamtąd muzyczną pamiątkę. Chciałoby się krzyknąć: „Chwilo, trwaj!”. Wieczór się skończył, na szczęście muzyczne doznania możemy sobie dawkować dalej dzięki nagranej przez Orlińskiego i Biela płycie. Wspaniale jest móc czerpać bez ograniczeń z ich wrażliwości!
Monika Borkowska
mecenas kultury


