Władysław IV stworzył w Warszawie w XVII w. wspaniały teatr operowy, którego sława wykraczała daleko poza Polskę. Miał też jedną z najlepszych kapel muzycznych w ówczesnej Europie. Na warszawskim dworze rozkwitał taniec, Polacy byli roztańczeni jak mało która nacja! I o tym wszystkim jest wystawa „Wielka gra” w warszawskim Zamku Królewskim.

To wspomnienie wielkości królewskiego teatru, ale też opowieść o ówczesnej Warszawie. Na ekspozycji zobaczymy pierwszy przewodnik po Warszawie autorstwa Adama Jarzębskiego z 1643 r., libretta oper, projekty kostiumów, szkicowniki ze scenami z przedstawień, rachunki związane z wystawianiem spektakli oraz uproszczoną rekonstrukcję siedemnastowiecznej sceny wyposażonej w mechanikę, która ożywia poszczególne plany.
Na scenie zainstalowano ruchome fale, przesuwane kolumny i zmienną scenografię – w zależności od potrzeb jest to przestrzeń miejska Warszawy lub dzikie ostępy natury z drugiej strony rzeki. Nawiązuje ona do opowieści o groźnym smoku, który zbliża się do miasta. Na jego drodze staje jednak Syrenka. Oglądający mogą obsłużyć maszyny, imitując dźwięki burzy, deszczu i wiatru. Tuż za sceną znajduje się duża garderoba z okryciami głowy, kryzami (kolisty, marszczony kołnierz) i płaszczami, które można przymierzyć.
Zaprezentowano też instrumenty z XVII wieku i ich kopie, m.in. klawiszowe – pozytywy szkatulne, klawikord, wirginał, ale też instrumenty dęte i smyczkowe. W sali wybrzmiewa muzyka tamtych czasów, to idealne miejsce na relaks! W przestrzeni poświęconej baletowi można podziwiać kunszt tancerzy wykonujących dawne tańce. Balet był nieodłączną częścią oper, funkcjonował też jako niezależna dziedzina sztuki. Nierzadko taneczny pochód prowadzili członkowie rodziny królewskiej. Polacy rozkochani byli w tańcu i wyróżniali się pod tym względem na tle Europy. Wizyta w zamku to również okazja do obcowania z obrazami dawnych mistrzów. Tematyka części z nich pokrywa się z akcją oper, których libretta są wystawione na ekspozycji.
Humanista z wojskowym zacięciem
Władysław IV był synem Zygmunta III Wazy i jego pierwszej żony, Anny Habsburżanki. Władał czterema językami (poza polskim znał łacinę, niemiecki i włoski) i miał wielki zapał do nauk humanistycznych. Z entuzjazmem witano go na ulicach Warszawy. Uznanie dla niego wzrosło jeszcze bardziej w czasie wojny z Turcją. Wyruszył wraz z armią polską pod Chocim w 1621 r. Po bitwie wrócił do Warszawy jako triumfator i obrońca chrześcijaństwa. Miał wtedy 26 lat. Na objęcie tronu miał jeszcze czekać ponad dekadę (otrzymał koronę w 1632 r.).

Jeszcze w obozie chocimskim złożył ślub, że w podzięce za zwycięstwo i uzdrowienie (w trakcie walk zapadł na zdrowiu) odbędzie pielgrzymkę do Loreto we Włoszech. W 1624 r. wyruszył w podróż na zachód Europy, Loreto miało być jednym z celów. Wyjazd miał charakter prywatny, królewicz podróżował incognito. Odwiedził m.in. Florencję, Rzym, Mantuę, Parmę, Wenecję i Wiedeń. Bacznie obserwował kolejne dwory, ustrój państw, stosunki społeczne i ekonomiczne, oceniał wyposażenie armii. Podczas pobytu we Włoszech poznał operę, która zawładnęła na dobre jego sercem i którą sprowadził do Polski.
Gdy ojciec Władysława, Zygmunt III, zdecydował o przeniesieniu stolicy do Warszawy, dostosował Zamek Królewski do swoich potrzeb. Sali teatralnej jednak nie zaplanował. Zygmunt III był melomanem, na jego dworze działała świetna kapela złożona z zagranicznych muzyków. On sam również muzykował. Syn przejął zamiłowanie do sztuki muzycznej, ale był też wielkim miłośnikiem teatru. Gdy wrócił z rocznej podróży zagranicznej, w skrzydle południowym zamku wydzielono przestrzeń, w której odbywały się spektakle operowe, balety, maskarady i bankiety.

Sprowadził z zagranicy najlepszych muzyków. W jego dworskiej kapeli grali Niemcy, Francuz, Anglik i kilku Włochów. Jako miłośnik teatru i śpiewu angażował też aktorów i śpiewaków. Mężczyzn, w tym kastratów, bo kobiety uprawiający tę profesję miały nie najlepszą prasę, zarzucano im złe prowadzenie się. Ten zawód nie cieszył się najlepszą reputacją. Obawiano się moralności pań, które na scenie udawały inne uczucia niż przeżywane w rzeczywistości. Głównym librecistą na dworze królewskim był Virgilio Puccitelli.
Teatr podpatrzony u najlepszych
Władysław IV kontrolował przygotowywanie przedstawień, czytał libretta, interesował się scenografią, kostiumami. Miał coraz większe ambicje, w 1637 r. dokonał przebudowy sali teatralnej, wzorując się na najlepszych europejskich rozwiązaniach. Powstała wówczas jedna z najnowocześniejszych scen w Europie – z drewnianym portalem scenicznym, większą widownią i nowatorskimi rozwiązaniami inżynieryjnymi.

Sala teatralna była dwukondygnacyjna. Miejsca na widowni zajmowano zgodnie z hierarchią. Na parterze, przed sceną, znajdowały się dwa fotele na kobiercu nakrytym skórą białego niedźwiedzia. Tu zasiadali król i królowa. Za nimi znajdowały się miejsca dla ważnych gości, a jeszcze dalej – ławy senatorskie. Reszta widzów stała. Widownia była duża, mieściła nawet sześćset osób. Salę oświetlały liczne kaganki, ściany pokrywały tkaniny ozdobne. Sufit zdobiły malowidła, które ukazywały powiązania dynastii Wazów z Jagiellonami.
A sama scena? Cóż, ona robiła największe wrażenie. Nawiązywała do architektury klasycznej, z obu stron zdobiona była kolumnami na cokołach. Wyposażona była w podnośniki, zapadnie, maszynerię, która umożliwiała tworzenie efektów specjalnych i uruchamiała scenografię sceniczną. W ten sposób widzowie mogli podziwiać ruchome morskie fale, poruszające się zwierzęta, ruchome góry, piekielne czeluści zionące ogniem, grad a nawet trzęsienie ziemi. Teatr działał na różne zmysły. Najbardziej oczywiste były efekty wizualne, piękne tła, niezwykłe kostiumy, w których projektowanie angażowała się nawet królowa. Do tego dochodziła oprawa muzyczna, za którą odpowiadali najzdolniejsi europejscy muzycy i wspaniała choreografia. Stosowano też efekty pirotechniczne, rozpylano na widowni zapachy.

Teatr wychodził poza mury zamkowe. Każdy pochód króla warszawskimi ulicami był spektaklem. Na ulicach i placach stawiano przenośne bramy i okolicznościowe dekoracje, podziwiano też sztukę mimów przypominających żywe rzeźby. Także w gospodach organizowano maskarady na wzór dworskich spektakli. Parateatralną formę obrał pogrzeb macochy i ojca Władysława IV, do którego scenariusz napisał młody król. Ale i sam pogrzeb bohatera wystawy miał formę teatralną – wnętrze katedry wawelskiej zaaranżowano na wzór przestrzeni teatralnej.
Po śmierci króla scena teatralna pokryła się kurzem, a muzycy zaczęli rozjeżdżać się po świecie. Siedem lat później dzieła dopełnił potop szwedzki – najeźdźcy wywieźli z Polski elementy scenografii, kostiumy, instrumenty i rekwizyty, a to, czego zagrabić nie zdołali, doszczętnie zniszczyli. W kolejnych dekadach wspaniała, okazała sala teatralna zaczęła niknąć w oczach. Stawiano kolejne ściany, dzieląc ją na coraz mniejsze pomieszczenia. Czasy świetności już nigdy nie powróciły.
Monika Borkowska
mecenas kultury


