Józef Czapski, malarz i pisarz, urodził się 130 lat temu. Z okazji okrągłej rocznicy Muzeum Narodowe w Krakowie zaprezentowało ponad 50 prac artysty wypożyczonych głównie z kolekcji prywatnych, polskich i zagranicznych. To doskonała okazja, by prześledzić styl artysty, od postimpresjonistycznych wizji, po uproszczone formy naznaczone soczystością żywych kolorów.

O niejednorodności malarstwa Czapskiego rozpisywali się krytycy, on sam również się nad tym głęboko zastanawiał. Podkreślał, że dręczyła go dwoistość podejścia – „jednoanalityczne, rozumowe, wyrastające z tradycji Holendrów i do pewnego stopnia z pointylistów i drugie, wariackie, dla siebie samego nieoczekiwane – prawdziwy skok w przepaść”. Zarzucał sobie brak jednorodnego stylu, „rozdwojenie psychiczne”. Z czasem jednak pogodził się z tym, przekonując się, że z podobnymi wątpliwościami zmagali się także inni uznani malarze.
Wystawa doskonale oddaje tę dwoistość. Z jednej strony widać u Czapskiego nawiązania do postimpresjonizmu, zarówno jeśli chodzi o wybór tematów jak i samą technikę czy widzenie świata, choćby w pejzażach i portretach, z drugiej – tendencje do upraszczania i odrealnienia form. Choć podkreślić trzeba, że nawet takie kompozycje zachowywały u Czapskiego czytelny związek z fizycznym obiektem.

Synteza i redukcja oznaczały, że detale stają się już mniej przydatne, Czapski wybiera umowne formy, nierzadko zarysowane wyraźnym konturem, wypełniane następnie barwnymi plamami farb o intensywnym kolorze. „Ta synteza, do której zawsze dążyłem, wyzwalając się – jakże powoli – z czystego naturalizmu, jest (…) posunięta do tej cudownej harmonii kształtów i form” – pisał artysta we „Wnioskach niedomyślanych”. Miał wówczas 90 lat.
Upraszczanie rzeczywistości to droga, którą wybierało wielu malarzy XX wieku. „Cztery lata zajęła mi nauka malowania jak Rafael, ale całe życie uczę się malować jak dziecko” – miał kiedyś powiedzieć Picasso. Okazuje się, że autorskie redukowanie rzeczywistości nie jest ani proste, ani intuicyjne. Nie pojawia się znikąd, wyrasta na bazie doświadczeń, obserwacji, prób. Czapski, który hołdował stylowi umownemu, ale kochał malarstwo dawne, zwłaszcza holenderskie i hiszpańskie. Podczas pobytu w Paryżu wracał wielokrotnie do Luwru, by nasycić oczy widokiem dzieł mistrzów. Oglądał, szkicował, podpatrywał. Na tym gruncie wyrosła jego sztuka.
Polowanie na kadry
Konstanty Kot-Jeleński, krytyk i publicysta, opisał Czapskiego jako „włóczącego się z przewieszonym aparatem fotografa”. Jak trafne to stwierdzenie, udowadnia krakowska wystawa. Artysta obserwuje świat i poluje na okazje, szukając scen wartych uwiecznienia. I co znajduje? Kaloryfer na tle ściany, siedzącego w poczekalni mężczyznę, kawałek materiału rzuconego na stół czy kawiarniany stolik zepchnięty w kąt płótna. Nieoczywiste ujęcia, zabawa w kadrowanie, zachwyt codziennością.


Nie wiem, w czym tkwi siła dwóch żeberek żeliwnego kaloryfera osłoniętego częściowo otwartymi drzwiami. Faktem jest jednak, że trudno przejść obok tego obrazu obojętnie. Wciągająca jest kolorystyka, choć to przecież tylko odcienie bieli i szarości zabarwione smugą błękitu i gdzieniegdzie różu. Pionowe linie dają wrażenie uporządkowania przestrzeni, wszystko tam jest pod surową kontrolą. I do tego idealna rama, która podkreśla wszystkie atuty pracy. „Kiedy kopiuję kaloryfer biały na białej ścianie czy zwykłe jabłka na zwykłym stole, olśniony naprawdę bezgranicznym bogactwem form, kolorów, walorów i moim wobec tego świata ubóstwem środków wyrazu, po jakiemuś przestaję istnieć” – pisał w dzienniku. A więc o to chodzi? Żeby zatracić się w sztuce, dać się jej pochłonąć bez reszty, pozostać jedynie narzędziem…

Doskonałym przykładem nieoczywistych „kadrów” jest praca „Czerwone skarpetki, żółte stoliki i popielniczka” (1957). Sam temat – nie mniej wyborny niż opisany wyżej kaloryfer. Tym razem spoglądamy na wnętrze kawiarni. Stoliki zepchnięte są w róg płótna, resztę przestrzeni wypełnia brązowa posadzka. Na słonecznej żółci wybija się niebieskawa popielniczka. Są tu ludzie, a i owszem, ale tego dociec możemy wyłącznie po ich stopach. Lakierowane męskie buty, skarpetki, fragmenty spodni. Tyle zostało ze sceny pisanej życiem. Przy czym jeden z uwiecznionych na płótnie butów należy, zdaje się, do samego autora kadru.
Kolorowo, nastrojowo…
Czapski był kolorystą, umiłowanie żywych barw było znakiem charakterystycznym kapistów, do których się zalicza. Ale fantastyczne są również jego szkice. Rysował szybko i zamaszyście, pozostawiając na papierze charakterystyczną kreskę. Przy czym, jak zaznaczają autorzy krakowskiej wystawy, myślał malarsko, a szkic pełnił jedynie rolę służebną. Już nawet na tym etapie wypełniał białe przestrzenie plamami farby wodnej lub choćby sygnalizował, jakie barwy powinny znaleźć się w danym miejscu.

Zdawałoby się, że żywe, krzykliwe czasem kolory, nadają się do oddania gwaru, ruchu, chaosu, krzyku. Nic bardziej mylnego. Czapski stosuje je, a jest mistrzem budowania nastroju. W jego pracach jest cisza, zamyślenie, kontemplacja. Uwiecznia zwykłe sytuacje, które dla wielu nie byłyby godne uwagi. Patrząc na ujęcia, które przedstawia, ma się wrażenie, jakby wchodziło się w czyjś intymny świat. Oglądamy kogoś, kto jest zaczytany, zamyślony, albo doświadczamy nieobecności, po której został jednak jakiś znak, opustoszała przestrzeń. I siłą rzeczy ciągnie nas, by zbliżyć się do tych osób, miejsc, by odkryć to, co zapisane między wierszami.

Spójrzmy choćby na „Wnętrze z Biszką na kanapie”. Mamy tu wejście do pokoju, z wąskiego korytarza obwieszonego kurtkami i płaszczami. Otwarte drzwi zapraszają do środka zacisznego pokoju, w którym pośród czerwieni, niebieskości i żółcieni na łóżku poleguje pies wpatrzony w autora kadru, albo i w nas samych. Czas zdaje się tu stać w miejscu. Cisza, spokój, ciepło. Chciałoby się chłonąć ten nastrój bez końca. Albo „Człowiek w poczekalni” (1966) – siedzi na ławce w zapiętym pod szyję płaszczu, przytulony do kaloryfera, by chłonąć bijące od niego ciepło. Czeka na coś – na autobus, pociąg – i czyta gazetę. Może nawet zdrzemnął się, zmożony ciepłem.

Człowiek w różnych odsłonach
Wiele postaci malowanych przez Czapskiego pozbawionych jest indywidualnych rysów. „Samotny widz”, „Smutny fryzjer”, czy właśnie „Człowiek w poczekalni” – to nie figury konkretnych postaci, tylko bezimienne osoby. Rysy twarzy są tu bez znaczenia, zaznaczone jedynie z grubsza, czasem rozmazane. Wiele typów zdaje się powtarzać – ostro zarysowany nos, cienie oczodołów, wydłużony owal twarzy. Bo to nie konkretny człowiek jest bohaterem inscenizacji, ale ludzka kondycja jako taka, rola, w którą wszedł w czasie swojego życia czy sama sytuacja.
Znalazły się tu jednak również tradycyjne portrety, w których jest miejsce na detal, na grymas twarzy, na delikatny uśmiech, pierwszą zmarszczkę, wzór na sukience. To czułe portrety głównie członków rodziny, konkretnych postaci, oddające ich stan duchowy, charakter, specyfikę urody. Jakże odmienne od uproszczonych artystycznych wizji…

Ekspozycję w muzeum narodowym tworzą obrazy i szkice w dużej mierze wypożyczone z kolekcji prywatnych. To jedyna i niepowtarzalna okazja, by poobcować z tymi dziełami. Jest czas, bo wystawa będzie dostępna dla publiczności do końca stycznia przyszłego roku. A niezależnie od tego warto odwiedzić w Krakowie Pawilon Czapskiego, gdzie stworzono muzeum poświęcone artyście. Znajduje się tam stała wystawa jego prac, ale też prezentacja biografii artysty, fragmenty jego książek – bo przecież był też wspaniałym pisarzem. Droga do Pawilonu Czapskiego z Muzeum Narodowego zajmuje tylko kilka minut piechotą, wszystko przemawia za tym, by połączyć te dwie atrakcje.
Monika Borkowska
Link do wydarzenia: Oblicza Czapskiego – Muzeum Narodowe w Krakowie
mecenas kultury


