Break in Classic za nami. To była druga już edycja festiwalu, ale dla mnie – pierwsza. Teoretycznie wiedziałam, czego się spodziewać, jednak rzeczywistość przerosła najśmielsze oczekiwania. To był czas intensywny, ale jakże piękny i ubogacający!

Kto odwiedził kiedykolwiek Otwock Wielki, ten wie, jak klimatyczne to miejsce. Pałac Bielińskich znajduje się niewiele ponad 30 km od Warszawy. Wzniesiono go na sztucznej wyspie, na jeziorze Rokola. Na przestrzeni lat przebudowywano go, niszczono i znowu odbudowywano. Historia tego miejsca sięga lat 80. XVII w. Dziś znajduje się tu Muzeum Wnętrz, a sam budynek jest oddziałem warszawskiego Muzeum Narodowego.
Wokół pałacu – piękna mazowiecka przyroda, zagajniki, mostki, stylowe ławeczki. Jakub Józef Orliński, znakomity kontratenor oraz Aleksander Dębicz, pianista, kompozytor i aranżer, uznali, że to doskonała przestrzeń na plenerowy festiwal muzyczny. I powołali do życia piękną inicjatywę, jaką jest Break in Classic. Jak wielokrotnie mówili, chodzi o to, by zdjąć z muzyki klasycznej odium surowej sali koncertowej z jej sztywnymi zasadami, które mogą spłoszyć potencjalnych odbiorców sztuki. Leżaki, kocyki, letnia, piknikowa atmosfera miały zachęcić ciekawych wrażeń ludzi do posmakowania może nawet po raz pierwszy klasyki, w najlepszym wydaniu, podanej w dość nietypowy sposób.
▼ Dalsza część artykułu pod materiałem filmowym ▼
Bo oprócz tego, że miejsce zasadniczo odmienne od uznanych sal koncertowych, to jeszcze program bardzo specyficzny. Dyrektorzy artystyczni podkreślają, że zapraszają na swój festiwal artystów „brejkowych”. Czyli utalentowanych, łamiących stereotypy, burzących bariery, ciekawych świata, łączących gatunki, prezentujących nowatorskie wizje artystyczne, otwartych na ludzi. Tu nie ma miejsca na schematy, jest za to mnóstwo przestrzeni do muzycznych eksperymentów!
W ciągu trzech dni odbyło się dziewięć wspaniałych koncertów, każdy zwieńczony spotkaniem z artystami, podczas którego można było zadać wykonawcom pytania, zrobić sobie z nimi zdjęcie, kupić płytę i poprosić o autograf. Taka rozmowa potrafi pięknie dopełnić muzyczny przekaz – artyści opowiadali o kulisach muzycznego życia, o instrumentarium, o procesie twórczym, o brzmieniach i inspiracjach.

Pojawiały się nietypowe zestawienia, na różnych poziomach – programu, instrumentów, muzycznych osobowości, składów. I tak na przykład wspaniały wiolonczelista Marcin Zdunik wraz z AUKSO – Orkiestrą Kameralną Miasta Tychy pod batutą Marka Mosia, brawurowo wykonali Koncert wiolonczelowy C-dur Josepha Haydna z oszałamiająco piękną częścią drugą, Adagio. To było metafizyczne doznanie! Jakby niebo zstąpiło na ziemię… Chwilę po tym nastąpiło przełamanie, czyli festiwalowy „brejk” – na warsztat wjechały utwory Krzysztofa Komedy zaaranżowane na wiolonczelę z orkiestrą przez samego Marcina Zdunika. Zupełnie inne doświadczenie, ale równie fantastyczne doznania.
Albo żeński sekstet wokalny Lyyra, który równie znakomicie prezentował się, śpiewając w wielogłosie renesansową pieśń, jak i jazzowe aranżacje znanych i popularnych utworów, m.in. Will the circle be unbroken, Bridge Over Troubled Water czy You are the sunshine of my life. Można było zatopić się w pięknie kobiecych głosów, bogatych harmoniach i prawdziwie rozkoszować chwilą…

Mieliśmy okazję podziwiać znakomitego francuskiego skrzypka Théotime Langlois de Swarte, który wykonał z zespołem Le Consort Cztery pory roku Antonio Vivaldiego. Postawił jednak przed sobą i publicznością nie lada wyzwanie: „Spróbujmy wyobrazić sobie, że słuchamy tego utworu po raz pierwszy!”. W przypadku tak kultowej kompozycji niełatwo o takie wrażenie. Ale artysta bardzo się postarał. W tym celu poprzeplatał poszczególne części dzieła fragmentami innych utworów Vivaldiego, by wzmóc czujność słuchaczy, przyciągnąć ich uwagę. Jednak już sama jego gra sprawiła, że Wiosna, Lato, Jesień i Zima brzmiały nieprawdopodobnie świeżo i ujmująco! Co za warsztat, co za brzmienie! Prawdziwa poezja…
Aleksander Dębicz i Jakub Józef Orliński przygotowali na swój koncert nowy repertuar, tym razem renesansowy, składający się prawie wyłącznie z pieśni angielskiego kompozytora żyjącego na przełomie XVI i XVII w., Johna Dowlanda. Artyści wraz z orkiestrą AUKSO wykonali kolejne pieśni, układając je w historię miłosną, ale… bez happy endu. Oto mężczyzna zakochał się w kobiecie, ta jednak odrzuciła jego zaloty. Tonie we łzach, oddaje się lamentacji, by na koniec dojść do wniosku, że właściwie woli cierpieć niż mieć serce z kamienia. Tu „brejkowość” polegała na aranżacji, której autorem był Aleksander Dębicz. Wokalizy o typowo renesansowej melodyce padły na zupełnie nieoczywisty grunt, zarówno towarzyszący Jakubowi fortepian jak i orkiestra grały z rozmachem, którego nie powstydziłby się późnoromantyczny twórca! Jakże pięknie i nowatorsko to brzmiało!

Nie mogę pominąć trębaczki i akordeonisty, Lucienne Renaudin Vary i Féliciena Bruta. Co to był za duet! Artystka wyszła na scenę boso, ubrana w zwiewną sukienkę. Wyglądała jak dziewczynka, drobna, delikatna, ale gdy popłynęły pierwsze dźwięki, nikt nie miał wątpliwości, że oto pojawiła się w Otwocku Wielkim dojrzała instrumentalistka, kolejna wielka gwiazda. U jej boku wystąpił wspaniały akordeonista, w pełnym garniturowym rynsztunku (mimo niepojętego wręcz upału). Grali fragmenty z West Side Story, z opery Astora Piazzoli Maria de Buenos Aires, francuskie piosenki. Ileż w tym było finezji, ile uroku! Muzycy zachwycili publiczność. Usłyszałam w pewnym momencie, jak siedzący za mną siedemdziesięciolatek szepnął do żony: „Ach, żebyś Ty tak grała!”. Ktoś inny nie mógł się nadziwić: „Ile tchu w tak małej istocie!”. Okazało się, że trąbka była jej pisana. Od dziecka Lucienne była zachwycona brzmieniem instrumentu, jego wyglądem, sposobem, w jaki się go trzyma…
Chciałoby się opowiedzieć o wszystkich, ale nie sposób. Jeszcze tylko słówko o boskim mandoliniście, który poraził słuchaczy swoim talentem, muzykalnością i interpretacjami. Avi Avital, bo o nim mowa, wystąpił z orkiestrą AUKSO. Na początek w repertuarze barokowym (Bach i Vivaldi), po czym nastąpiło płynne przejście do żywiołowych, nieokiełznanych Tańców rumuńskich Bartoka i miniatur opartych na gruzińskich tematach ludowych autorstwa Sulkhana Tsintsadze. Cóż to była za energia!
Mieliśmy też do czynienia z innymi wspaniałymi wykonawcami, zespołem Fuse z Amsterdamu, Vision String Quartet, Manchester Collective & Fergus McCreadie Trio. Każdy koncert był wielką muzyczną i emocjonalną przygodą. Podróżowaliśmy w czasie w najlepszym towarzystwie, upajając się dźwiękami będącymi wytworem ludzkiej wrażliwości i wyobraźni. Doskonały poziom artystyczny wykonawców, znakomity warsztat i ambitny program sprawiły, że był to wyjątkowy czas. Inspirujący nie tylko dla odbiorców, ale i dla samych artystów. Dyrygent Marek Moś powiedział podczas jednego ze spotkań ze słuchaczami, że muzycy potrzebują siebie nawzajem. Potrzebują impulsów, inspiracji, motywacji do poszukiwań. Inaczej są jak dmuchany kucharz naganiający klientów do restauracji. Gdy uchodzi z niego powietrze, opada ku ziemi. Gdy tylko dostanie nowe tchnienie, unosi się ku górze. Oby nam wszystkim wystarczyło tej iskry i tchu do kolejnej edycji festiwalu!
Monika Borkowska
mecenas kultury

Link do wydarzenia: Break in Classic ♦︎ Międzynarodowy Festiwal Muzyczny

