Od Bolera Ravela podczas inauguracyjnego koncertu w Radziejowicach przeszliśmy do boler w wykonaniu Marcina Maseckiego z zespołem. Witalizm grupy i jej lidera zdumiewa. Mieliśmy do czynienia z wydarzeniem muzycznym, ale też z niezwykłym pokazem scenicznym inspirowanym teatrem czy rewią. Gra świateł w połączeniu z dynamiką muzycznej narracji pochłonęły słuchaczy bez reszty.

Marcin Masecki to niezwykle silna osobowość. Ma dużo do powiedzenia w muzycznej materii i nie zamierza gryźć się w język. Przebija nawet przez Mozarta czy Beethovena, co zresztą niektórych słuchaczy do niego dystansuje. Gdy ma wolną rękę, jak w przypadku projektu Boleros&Masecki, nie ogranicza się już zupełnie. Bazuje tu na muzyce południowoamerykańskiej, ale naznacza ją własną estetyką. Wprowadza do tamtejszego folkloru elementy improwizowane, jazzowe. W efekcie znane pieśni zyskują nowe brzmienie, stają się odrębnym bytem.
Pianista urodził się w Warszawie, ale gdy miał pół roku jego rodzice wyjechali do Kolumbii. Tam jego ojciec otrzymał posadę jako nauczyciel klarnetu na uniwersytecie. Masecki spędził w tym kraju siedem lat. Wystarczająco dużo, by w kluczowym momencie rozwoju nasiąknąć miejscową kulturą, poznać język, obyczaje. Płyta Boleros&Masecki jest powrotem do dawnych miejsc i czasów. Masecki występuje tu również jako wokalista. Pomysł na śpiew narodził się spontanicznie. W studio podczas nagrywania Wariacji Goldbergowskich Bacha trudno mu było osiągnąć zamierzony efekt, walczył z muzyczną materią, a w przerwie zanucił piosenkę. Odsłuchał potem nagrania i pomyślał, że może warto pójść dalej tą drogą. I tak to się zaczęło.
Muzycy dali podczas poniedziałkowego koncertu wspaniały popis muzycznej biegłości. Wystąpili w dużym, dziewięcioosobowym składzie. Instrumentarium było bogate – fortepian, gitara basowa, perkusja, saksofony, puzony, trąbki, klarnet. Lawirowanie między stylami nie sprawiało im żadnego problemu, podobnie rytmiczne wyzwania i partie improwizowane. Nie zabrakło też muzycznego humoru.

Scena jest dla Maseckiego teatrem. Widać to zarówno w warstwie muzycznej jak i wizualnej. Zadymione snopy białego światła rzucane na solistów, pojedynki improwizacyjne, gra kolorami lamp w trakcie koncertu, wszystko to jest przemyślane i zaplanowane. – To muzyka niezwiązana z salami koncertowymi, tylko z ulicą, dancingiem, kasynem, rewią, statkiem i szeroko pojętą rozrywką – opowiadał artysta jakiś czas temu w radiowej Czwórce. Oprawa koncertu zdaje się to potwierdzać. Jest w programie Boleros pewien rodzaj umowności, spojrzenia na muzyczną materię z przymrużeniem oka. Artyści nie próbują udawać, że są stamtąd. Tworzą na bazie lokalnej tradycji coś zupełnie innego.

– Marcin Masecki składa się z muzyki – mówił Jerzy Kisielewski, zapowiadając koncert. Trudno temu zaprzeczyć. Ciało artysty jej się poddaje – ramiona, tułów, nogi podążają za materią dźwiękową. Muzyka jest dla niego jak oddychanie, czuje się na scenie naturalnie, jak w domu. Jest biegły w muzycznej sztuce, myśli muzyką, nasiąkł nią. Pozostaje artystą wszechstronnym – gra jazz, odwołuje się do folkloru, improwizuje, ale wciąż jest też związany z klasyką. Nie zamyka się w jednej przestrzeni, poszukuje, buduje mosty między gatunkami i tradycjami. To widać i słychać w każdym realizowanym przez niego muzycznym projekcie.
Publiczność reagowała niezwykle żywo na występ grupy. Jedni odbierali tę muzykę wprost, ciesząc się po prostu pięknymi melodiami, tanecznym rytmem i ciepłym wokalem Maseckiego, inni odczytywali „mrugnięcie okiem” artystów, chłonąc partie improwizowane i doszukując się drugiego dna narracji. Program był niezwykle różnorodny. Sentymentalne utwory z elementami dramatyzmu, stanowiące mroczną stroną niespełnionej czy utraconej miłości, kontrastowały z żywiołowymi, rytmicznymi pieśniami opowiadającymi o eksplozji uczucia. Energia bijąca ze sceny wylewała się szerokim strumieniem na słuchaczy, którym trudno było usiedzieć w miejscu. Publiczność nie chciała wypuścić artystów ze sceny. Gromkimi oklaskami wymogli na muzykach bisy.

Wcześniej odbył się koncert kameralny z udziałem damskiego duetu. Na scenie Nowego Domu Sztuki w Radziejowicach wystąpiła pianistka Sofya Pisetsky i altowiolistka Kinga Wojdalska. Artystki wykonały utwory kompozytorów, którzy nieczęsto goszczą na polskich scenach. Poza popularnymi Tańcami rumuńskimi Béli Bartóka, zaprezentowały słuchaczom kompozycje Yorka Bowena, Paula Hindemitha, Franka Bridge i Ralpha Vaughana Williamsa. Koncert zatytułowano „Melodie włóczęgi”. Miała to być podróż nie koncentrująca się na dojściu do celu, ale na cieszeniu się samą drogą. Obie panie dołożyły starań, byśmy mieli ogrom satysfakcji z pokonywania tej wędrówki, od angielskiej tradycji pieśniowej, poprzez rumuński folklor, po podróż w głąb siebie, którą zapisali w nutach kompozytorzy.
Monika Borkowska

