W niedzielny czerwcowy wieczór rozpoczął się XVII Letni Festiwal im. Jerzego Waldorffa w Radziejowicach. Mimo nieznośnego wręcz upału tłum melomanów wypełnił namiot i jego okolicę. Na otwarcie – amerykańska klasyka na swingu, czyli Gershwin i Bernstein. Na finał – Bolero Ravela. Doskonały program na otwarcie!

Niedziela miała być jednym z najgorętszych dni. Synoptycy od tygodni snuli wizje rekordowych temperatur, przestrzegając przed wychodzeniem tego dnia z domu. Wiele instytucji odwołało wydarzenia, Radziejowice utrzymały jednak harmonogram koncertów. Bajkowo oświetlony park stopniowo wypełniał się ludźmi spragnionymi muzyki. Ucieczka z miasta do Radziejowic to właściwie bardzo dobra odpowiedź na falę afrykańskiego gorąca, jakie zalewa Polskę. Tu upał doskwiera nieco mniej, choć w samym namiocie temperatury dały o sobie mocno znać. Zwłaszcza wykonawcom, którym w tych trudnych warunkach przyszło pracować.
Festiwal ma swoją wierną publiczność. Kto choć raz tu się pojawił, chce wracać na każdą kolejną edycję. Są tacy, którzy przyjeżdżają do Radziejowic z odległych zakątków Polski a nawet z zagranicy, planując urlop na czas festiwalu. Ani jednej edycji wydarzenia nie opuściła m.in. Ewa Wiśniewska, aktorka i melomanka. Nic dziwnego – tutejsza aura jest niepowtarzalna. Wspaniała przyroda, artyści z najwyższej półki na wyciągnięcie ręki i repertuar, który nikogo nie pozostawia obojętnym.
Niedzielny koncert zainaugurował fragment popularnej pieśni Laura i Filon. To tradycja tego festiwalu. Tym razem odtworzone zostało z taśmy wykonanie pianisty Janusza Olejniczaka, który zmarł już blisko dwa lata temu, a który z Radziejowicami był mocno związany. – Sygnał wybrzmiał, zaczynamy! – powiedział Paweł Kos-Nowicki, dyrektor Domu Pracy Twórczej w Radziejowicach.

Pierwszym punktem programu był Koncert fortepianowy F-dur George’a Gershwina w wykonaniu pianisty Artura Jaronia i Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Śląskiej pod batutą samego dyrektora, Pawła Kosa-Nowickiego. Pianista urodził się w Kielcach, studiował w Akademii Muzycznej w Krakowie. Gershwina uwielbia, co dało się odczuć podczas niedzielnego koncertu. Również dyrygent i orkiestra poddali się klasyczno-jazzowym brzmieniom, wciągając w nie na dobre publiczność.

Gershwin miał niezwykłą smykałkę do melodii, odnosił sukcesy na polu muzyki rozrywkowej i jazzowej. Był autorem popularnych hitów, które są wykonywane po dziś dzień, jak choćby sztandarowy Summertime, najsłynniejszy utwór z opery Porgy and Bess. Miał jednak wielkie ambicje, by stać się kompozytorem klasycznym. Udał się więc w podróż do Paryża, gdzie odwiedził Nadię Boulanger z myślą o studiowaniu pod jej kierunkiem. Była ona prawdziwą ikoną muzycznego świata, niekwestionowanym autorytetem i wyrocznią dla kompozytorów i wykonawców. Odmówiła Gershwinowi, obawiając się, że rygorystyczna nauka muzyki klasycznej zniszczy jego wyjątkowy, niepowtarzalny styl. Podobnie było z Maurice Ravelem, który odpowiedział na prośbę pytaniem – „Dlaczego chce pan być drugim Ravelem, skoro może być pierwszym Gershwinem?”.
Było to najlepsze, co mogło się zdarzyć. Dzięki temu, że ówcześni poznali się na jego talencie i zachęcali go do twórczej swobody, mamy dziś to, co mamy – żywiołowe, ekspresyjne, wyjątkowe kompozycje łączące klasykę z jazzem, z Błękitną Rapsodią i Amerykaninem w Paryżu na czele. W Koncercie fortepianowym F-dur poszczególne części utworu inspirowane są rozrywką. I tak w części pierwszej pojawia się rytm charlestona, a w drugiej nokturnowe brzmienie ubogaca bluesowa stylistyka. Orkiestra nie stanowi tła dla fortepianu, a jest dla solisty równoprawnym partnerem. Bogate i mocne jest brzmienie orkiestry w utworach Gershwina, podkreślone silną sekcją instrumentów dętych, w tym blaszanych. Tego muzycznego kolorytu nie da się pomylić z żadnym innym!

W momencie gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki koncertu, zaczęła przeciągle i donośnie wyć syrena w jednostce straży pożarnej, która znajduje się tuż obok terenów pałacowych. Zupełnie jakby próbowała siłować się na dźwięki z orkiestrą. Na szczęście rozpoczęła się przerwa, w trakcie której ze sceny wynoszono fortepian, bo w drugiej połowie wieczoru miała już wystąpić wyłącznie orkiestra.
Kolejną część koncertu rozpoczęły popularne melodie z musicalu West Side Story Leonarda Bernsteina. Musical odniósł ogromny sukces. Łączy w sobie elementy opery, baletu i muzyki symfonicznej. Inspirowany był dramatem Szekspira Romeo i Julia, ale akcja została przeniesiona do realiów Nowego Jorku z lat 50. Zamiast zwaśnionych rodów mamy tu wojnę gangów i nieszczęśliwą miłość między członkami wrogich grup – białych Amerykanów i portorykańskich imigrantów. Warstwa muzyczna jest niezwykle bogata, Bernstein odwoływał się tu do jazzu, muzyki latynoskiej, nie uciekał też od tradycji operowej. W niedzielny wieczór mieliśmy okazję posłuchać wersji instrumentalnej w opracowaniu Jacka Masona, który na podstawie musicalu stworzył suitę z największymi hitami z pierwotnej wersji. Znane przeboje porwały publiczność, która zareagowała na wykonanie niezwykle żywiołowo.

Po amerykańskich jazzowo-klasycznych brzmieniach w finale wykonano Bolero Ravela. To jeden z tych szlagierów, który zna każdy, niezależnie od stopnia zaprzyjaźnienia z tzw. muzyką poważną. Jak zauważył prowadzący koncert dziennikarz i konferansjer Jerzy Kisielewski, utwór jest niezwykle popularny – Bolero wykonywane jest na świecie co pięć minut! Powstało w 1928 roku jako balet, w tym samym roku zostało wystawione w Paryżu, z choreografią Bronisławy Niżyńskiej. Ale sukces przyniosło dopiero wykonanie z 1929 roku w wersji koncertowej. I tak to się zaczęło. Od tej pory charakterystyczny motyw utworu Ravela zdobywał kolejne światowe sceny.
Bolero to ludowy hiszpański taniec. Charakterystyczny transowy rytm werbla, który trwa przez cały utwór, wzmocniony harmoniczną bazą pizzicata smyczków, jest tłem, na którym egzotyczny motyw melodyczny prezentują poszczególne instrumenty, a następnie ich grupy, by w kulminacji dojść do pełnego składu. Sam Ravel mówił, że to raczej ćwiczenie z instrumentacji, nie poważne dzieło. Ale potraktujmy to jako fałszywą skromność! Ostatecznie werdykt wydaje przecież nie sam kompozytor, ba – nawet nie krytycy, a publiczność. Również melomani z Radziejowic jeszcze długo po wybrzmieniu ostatnich dźwięków utworu dawali wyraz swojego uznania dla Bolera i wykonawców, nagradzając ich owacjami na stojąco. Wielka moc płynęła ze sceny w niedzielny wieczór!

Poniedziałek przyniesie nie mniejsze emocje. W pierwszej kolejności odbędzie się koncert kameralny w wykonaniu duetu, który tworzą Kinga Wojdalska (altówka) i Sofya Pisetsky (fortepian). Artystki wykonają utwory m.in. Béli Bartóka i Paula Hindemitha. Z kolei o 21.00 na dużej scenie pojawi się Marcin Masecki ze swoim bandem z programem Boleros. Pianista (i wokalista!) poruszający się w różnych muzycznych stylistykach, nie stroniący od Bacha i Beethovena, stworzył band, z którym prezentuje muzykę latynoamerykańską zaprawioną jazzowymi improwizacjami i indywidualizmem lidera, wymykając się standardowej muzycznej systematyce, łamiąc konwenanse i tworząc nową jakość. To będzie prawdziwa gratka dla miłośników muzyki!
Monika Borkowska

