Rozpoczęła się siódma już edycja Radziejowickich Wieczorów Jazzowych. „Wieczory co prawda stają się chłodniejsze, ale my zadbamy o podkręcenie temperatury wyjątkową muzyką!” – zapowiadali organizatorzy. Słowa dotrzymali. Na początek zaserwowali słuchaczom energetyczne trio MaBaSo z wibrafonistą Bernardem Maselim na czele, które rozpaliło widownię do czerwoności!

– Jestem szczęśliwym człowiekiem z prostego powodu – nikt mi wcześniej nie powiedział, że po przekroczeniu 50-ki jest fajnie, a powyżej 60-ki jeszcze fajniej. Dziś mam 61 lat, jestem wolny i całkowicie swobodny. Bo co mi mogą zrobić teraz krytycy? Napiszą, że gram starą muzykę? – mówił Maseli. Przekonywał, że istotą muzykowania jest dawanie radości. Gdy on sam wybiera się jako słuchacz na koncert, tego właśnie oczekuje. – Chcę zapomnieć o Bożym świecie, marzę o tym, by ktoś mnie zabrał w magiczną krainę, przekazał dobrą energię – zaznaczał.
Jako wykonawca stawia przed sobą ten sam cel. Jeszcze zanim zaczął się koncert, prowadzący festiwal Jerzy Szczerbakow zapowiadał, że będzie wesoło, energetycznie i że każdy słuchacz zakończy ten wieczór z uśmiechem na twarzy. Nie stało się inaczej. Bernard Maseli wyskoczył na scenę jak postać z bajki – cały na biało, w wysokim czarnym cylindrze, spod którego wymykały się dłuższe rozwichrzone włosy, energiczny i dynamiczny, o wyrazistej urodzie. Światło potęgowało wrażenie baśniowości, a dźwięki – dopełniły reszty.

Wibrafon w jazzie? Nie dla wszystkich taka formuła wydaje się atrakcyjna. Maseli przekonałby jednak do siebie nawet najbardziej wątpiących. Grał na instrumencie elektronicznym, umożliwiającym zmianę barw. Zachwycające było jego miękkie, aksamitne, kojące brzmienie. Zwracały uwagę nieoczywiste przebiegi melodyczne, które po części wynikały ze specyfiki instrumentu, po drugie – z osobowości instrumentalisty. Gdy chciał wyeksponować frazę, stosował zwolnienia. Były one tak zachwycające, że czekało się na kolejny taki moment, by doświadczyć ponownie radości ich słuchania. Pojawiały się też zwieńczenia motywów, które przywodziły na myśl muzykę popularną, czasem kilka taktów sugerowało, że to ścieżka do filmu z lat 70., która równie dobrze mogłaby wyjść spod palca Jerzego „Dudusia” Matuszkiewicza. Ale to były tylko przebłyski, pojedyncze nuty, bo już za chwilę trio wjeżdżało z pełną prędkością na jazzową autostradę.
A jazda była chwilami bez trzymanki! Choćby „Sleeping camels”. Tytuł wskazywałby na leniwą podróż przez pustynię. Nic bardziej mylnego! Karawana mknęła z prędkością światłą, aż strach pomyśleć, co zdarzyłoby się, gdyby te wielbłądy nie były śpiące… Pojawił się charakterystyczny orientalny, arabski zaśpiew, energia wprost biła ze sceny! Albo „Vivi”, utwór poświęcony ponoć inspirującej sopockiej piękności, która lubi tańczyć. W kompozycji pojawiają się znienacka partie disco odegrane przez gitarę basową, perkusję i wibrafon. Cóż za klimat! Nie sposób się nie uśmiechnąć, nie poddać się czystej radości. Sami muzycy zresztą również dobrze się bawią, żonglując gatunkami.

Jazz czy nie jazz? Takie pytania pojawiały się już w przeszłości podczas radziejowickiego festiwalu, gdy jeden ze słuchaczy opuścił salę w trakcie występu zespołu Laboratorium (koncert był świetny!), argumentując, że to nie jazz. Muzyka to nie matematyka. Nie wszystko da się zaszufladkować, sklasyfikować. Muzycy lawirują między stylami, flirtują raz z jednym, raz z drugim, na tej kanwie budując własny indywidualny język opowieści. W przypadku Maselego nie miałabym najmniejszych wątpliwości, w jakim gatunku się porusza. Choć ile ludzi, tyle gustów i opinii.
Maseli jest na scenie od 41 lat. Występował m.in. z Urszulą Dudziak, Lorą Szafran, Anną Serafińską, Anną Marią Jopek, Stanisławem Sojką, Michałem Urbaniakiem. Grał też, będąc w formacji Walk Away, „suporty” wraz z Urszulą Dudziak przed koncertami Milesa Davisa. Ale występował też z Kubą Badachem, zespołem Lady Pank czy z królową czeskiej piosenki rozrywkowej, Heleną Vondráčkovą. – Miałem szczęście, że moje muzyczne losy potoczyły się tak a nie inaczej – skwitował podczas czwartkowego koncertu.

Dobrał sobie tego wieczora na muzycznych kompanów wybitnych muzyków – Michała Barańskiego, który w Radziejowicach pojawia się dość często i perkusistę ze Słowacji Dano Šoltisa. Dorobek każdego z nich jest imponujący. Nic dziwnego, poruszają się swobodnie w muzycznej materii. Barański mistrzowsko posługuje się zarówno kontrabasem jak i gitarą elektryczną. I to ten drugi instrument był bohaterem czwartkowego wieczoru. Grał z pasją, energetycznie, z techniczną biegłością, ale też jego frazy były niezwykle finezyjne. Z kolei perkusista miał w sobie wewnętrzny zegar, energia kipiała w nim jak tykająca bomba. Poza zestawem wykorzystywał grzechotki, metalowe nakładki. Muzyka płynęła wartkim nurtem.

Co ciekawe, obaj panowie wywodzą się z muzycznych domów. Matka Barańskiego jest pianistką klasyczną, a ojciec fagocistą. Z kolei matka Šoltisa jest nauczycielką muzyki i wiolonczelistką, a ojciec był tancerzem klasycznym w National Theater. Klasyczna edukacja nie pozostała bez wpływu na muzyczne osobowości artystów, kształtując w dużym stopniu ich muzyczną wyobraźnię.

Kto był, ten wie. Kto nie dotarł – ten powinien nadrobić tę stratę jak najszybciej, przy pierwszej nadarzającej się okazji. Wspaniały koncert inaugurujący festiwal za nami, a przed nami kolejne. W piątek – septet Macieja Sikały! Saksofony, trąbka, puzon, klarnet basowy, kontrabas, fortepian i perkusja. To będzie moc!
Warto wspomnieć, że festiwalowi towarzyszy wystawa fotografii Kingi Hendzel „Jazz a vu”. Tu muzyka spotyka się z obrazem: „W czarno-białych kadrach światło wydobywa z mroku twarze, dłonie i instrumenty. Gest staje się znakiem rytmu, spojrzenie zapisem emocji, a portret muzyka – portretem tej jednej, niepowtarzalnej chwili” – tak mówi o swoich zdjęciach fotografka. Z kolei w sali koncertowej oglądać można zdjęcia muzyków jazzowych wykonane przez lekarza, melomana i fotografa-amatora, stałego gościa Radziejowic, Andrzeja Prochenko.
Monika Borkowska

